Urząd Gminy Tomice
ul. Wadowicka 51
34-100 Tomice
Godziny otwarcia:
poniedziałek: 7:00 - 16:00
wtorek-czwartek: 7:00 - 15:00
piątek: 7:00 - 14.00
Dane kontaktowe:
+48 33 823 35 98
gmina@tomice.pl
Tomice / Aktualności / Kultura / Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…”. Rozmowa z Zygmuntem Ogiegło.

Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…”. Rozmowa z Zygmuntem Ogiegło.

Opublikowano w dniu: w kategorii: Kultura  

Zygmunt Ogiegło – miłośnik koni i właściciel gospodarstwa agroturystycznego „Stajnia Grudki' był ostatnim gościem cyklu „Mam do powiedzenia …”. Zapraszamy do przeczytania bardzo interesującego wywiadu.

ZYGMUNT OGIEGŁO. “ZAMIŁOWANIE DO KONI POZWALA PRACOWAĆ, ALE TEŻ SPEŁNIAĆ MARZENIA”

Mieszkaniec Woźnik Zygmunt Ogiegło jest najlepszym przykładem człowieka, który konsekwentnie i odważnie planuje swoje życie. Bez problemu odnalazł się w nowej rzeczywistości po przejściu na emeryturę. Stawia czoła wzywaniom, jednocześnie nie rezygnując z pasji, którą stały się konie. Przed dwoma dekadami nie miał z nimi nic wspólnego. Teraz są dla niego całym światem – pracą, ale jednocześnie dają możliwość realizacji marzeń i odprężenia. Ich posiadanie doprowadziło do powstania gospodarstwa agroturystycznego – Stajni Grudki.

Paweł Kręcioch: Kiedy zaczął się Pan interesować końmi?

Zygmunt Ogiegło: Zanim przeszedłem na górniczą emeryturę w ogóle się nimi nie interesowałem. Podobały mi się jako zwierzęta, ale nie były moją pasją. W pewnym momencie pojawiła się myśl, że może kupię konika, obejrzałem jakiś program w telewizji, zacząłem się im przyglądać gdzieś przejeżdżając, ale widząc je myślałem o dzieciach, nie o sobie. Koń pojawił się w podwórku, ale dzieci zbytnio nie interesował, więc, jako że lubię aktywność i nie wyobrażam sobie biernego spędzania czasu, sam się nim zająłem.

PK: Nie miał Pan wcześniej do czynienia z końmi. Kto Pana uczył jazdy?

ZO: Uczyłem się Sam. Jestem uparty i jeśli coś postanowię, doprowadzam to do końca. Początkowo koń rządził mną, ale z czasem coraz lepiej sobie z nim radziłem, choć zanim faktycznie nauczyłem się jeździć, a próbowałem nad Skawą, zaliczyłem wiele upadków. W końcu ujeździłem konia, okiełznałem go.

PK: Jakie liczne stado obecnie Pan posiada?

ZO: Posiadam jedenaście koni i dwa kucyki. Natomiast w pewnym momencie miałem ich nawet dwadzieścia. W tej chwili zaźrebione są trzy klacze, dzięki nim chciałbym pozyskać jeszcze wartościowszego konia małopolskiego. Cały czas trzeba działać, kupować i sprzedawać, żeby mieć dobre zwierzęta. Nie można zostać z tymi samymi. Oczywiście to wszystko generuje duże koszty.

PK: W jaki sposób nabywa się wartościowe konie?

ZO: Koni nie kupuje się na jarmarku, jak może niektórzy myślą. Wszystko odbywa się w gronie hodowców, pasjonatów, ludzi zaufanych. Tylko takie środowisko gwarantuje, że zakup będzie udany.

PK: Bywa Pan z ciekawości na pokazach czy aukcjach inny ras koni, jak choćby w nieodległych Michałowicach?

ZO: Nie interesuje się końmi arabskimi. Są eksportowe, pokazowe, ale to „pawie” wśród koni – piękne, jednak płochliwe i nerwowe. Bardziej, oprócz koni małopolskich, przyglądam się koniom wielkopolskim czy śląskim, które podobnie jak konie małopolskie są funkcjonalne.

PK: Cały czas rozbudowuje Pan stajnie. Powstają też inne obiekty?

ZO: Początkowo miałem stajnię na trzy konie, potem dobudowałem czwarty boks, ale kiedy liczba koni zaczęła wzrastać musiałem wszystko zburzyć i budować od nowa. Teraz mam dziesięć boksów i zarówno konie mają odpowiedni komfort, jak i ja oporządzając je. Poza stajnią posiadam jeszcze dwie ujeżdżalnie. Jedna jest kryta, ma wymiary 25 na 15 metrów, druga znajduje się na zewnątrz. Jest większa – 45 na 25 metrów. Obie wysypane są kwarcowym piaskiem. Muszę nadmienić, że wszystko buduję sam. Kiedyś, nie pracując już na kopalni, byłem pomocnikiem u dobrego murarza. Nauczyłem się wszystkiego co potrzebne.

PK: Konie pojawiły się wcześniej niż pomysł na gospodarstwo agroturystyczne, które pan prowadzi z żoną. Skąd inspiracja?

ZO: Kompletnie nie zastanawiałem się nad agroturystyką. Mój syn Marcin kiedyś powiedział mi, że taka działalność staje się popularna. Widział, jak to zaczyna działać w Dolinie Karpia. Faktycznie ludzie zaczęli interesować się takimi „wiejskimi” atrakcjami. Pomyślałem, ze to dobry pomysł, tym bardziej, że miałem już „bazę”. Mogę powiedzieć, że oprócz domu, w którym mieszkałem, wybudowałem jeszcze z pomocą synów dwa, więc nie było problemów z miejscami noclegowymi i zapleczem.

PK: Kiedy ruszył projekt „Gospodarstwo Agroturystyczne Stajnia Grudki” i jakie atrakcje Państwo oferujecie?

ZO: Zaczęliśmy działać w tej materii w 2005 roku. Ludzie szukają u nas różnych aktywności, ale też spokoju. Przyjeżdżając z dużych miast bardzo sobie cenią ciszę, ucieczkę od zgiełku. Od nas mogą zobaczyć Babią Górę. Gościmy turystów z całej Polski. Jeśli ktoś jedzie do Krakowa, Zakopanego Oświęcimia czy Zatora, planuje pobyt u nas. Nierzadko są to osoby np. z Pomorza czy Bieszczad. Po całodziennych eskapadach, goście mogą wypocząć w dobrych warunkach. Dysponujemy pięcioma pokojami, można u nas zakosztować turystki konnej, pojeździć po okolicy w zaprzęgu dwu- lub czterokonnym. Chętnych uczę podstaw jazdy konnej. Odbywają się również zajęcia z hipoterapii. Przyjeżdża specjalistka w tej dziedzinie. Ja udostępniam konia, trzymam go, a ona wraz z potrzebującymi dziećmi prowadzi zajęcia. Oczywiście w tym momencie nie jest najlepszy czas na agroturystykę, natomiast w normalnych warunkach jakoś to funkcjonuje, choć pracy nie brakuje. Łupie nas z żoną w plecach, ale póki co mamy jeszcze siły, żeby się końmi i agroturystką zajmować. Natomiast muszę dodać, że obecnie praktycznie w każdej wiosce ktoś próbuje „pójść” w taką działalność, sądząc, że na tym zbija się kokosy. Wprawdzie Stajnia Grudki ma konkurencyjne ceny, ale nie zawsze jest kolorowo.

PK: Praca z końmi to nie tylko przyjemność, ale też całodzienne obowiązki…

ZO: Tak, nie wyjeżdżam na żadne wczasy, poświęciłem się tej pasji. Przykładowo w tej chwili mam cztery młode konie. Trzeba zacząć na nie wsiadać. Niektóre 2-latki należy już przysposabiać do 4-konnego zaprzęgu, żeby umiały spokojnie chodzić. Poza tym wszystkie koniki codziennie się lonżuje (stymuluje rozwój, rozładowuje napięcie – przyp. red). Do tego dochodzi tzw. „brudna robota”, czyli czyszczenie i oczywiście karmienie trzy razy dziennie.

PK: Mimo ogromu pracy, chętnie zajmuje się Pan organizacją różnych zawodów. Jest ich całkiem sporo…

ZO: Jak już wspomniałem jestem aktywnym człowiekiem, więc organizuję u siebie Hubertusy, sam też w nich biorę udział w innych miejscach i zdarza się wygrywać. Mam już taki charakter, że jeśli staję do zawodów, czy czegoś się uczę, to oddaję temu serce. Nieraz wracałem poobijany, ale z trofeami. Nie można się bać stając na starcie, bo inaczej udział nie miałby sensu. To męska rozrywka, trzeba być trochę szalonym i odważnym. Nawet za cenę połamanych, żeber, co też się zdarzyło. Zawsze powtarzam, że na koniu trzeba umieć jeździć, a nie tylko siedzieć w siodle. Poza Hubertusami, organizowałem w Woźnikach kumoterki czy zawody crossowe nad Skawą, w których brało udział 40-50 jeźdźców i koni.

PK: Jest w Panu dużo zacięcia sportowego, ale to nie powinno dziwić. Grał Pan przez wiele lat w piłkę nożną na pozycji bramkarza i reprezentował dobre kluby, mając kontakt z piłkarzami wysokiej klasy. Jak ten okres zapisał się we wspomnieniach?

ZO: Bardzo dobrze. Grałem w rodzimym Wikliniarzu Woźniki, ale też w Skawie Wadowice. Potem wypatrzono mnie i zaproponowano angaż w Victorii Jaworzno, z którą awansowałem do III ligi. Faktycznie spotkałem tam kilku świetnych piłkarzy jak choćby Andrzeja Sermaka (ponad 130 występów w ekstraklasie, wprowadzał jako trener Szczakowiankę Jaworzno na najwyższy szczebel rozgrywkowy – przyp. red) czy Jana Urbana (57-krotny reprezentant Polski, jako piłkarz trzykrotny mistrz Polski z Górnikiem Zabrze, jako trener – dwukrotny mistrz Polski z Legią warszawa – przyp. red), z którymi dzieliłem pokój na zgrupowaniach i obozach. Byliśmy dobrymi kumplami.

PK: Wspominał Pan, że lubi nowe wyzwania, naukę, więc nie może dziwić, że zostały podjęte próby wyniesienia swoich umiejętności opanowania konia na wyższy poziom. Stąd pomysł na naukę jazdy w szwadronie?

ZO: Namówił mnie do tego kolega, który organizował zawody crossowe. Miałem już 50 lat na karku, ale bardzo mnie to zainteresowało. Jeździłem w szwadronie w Toporzysku, trzeba się było poddać dyscyplinie jak w wojsku, musztrze. Nie było to łatwe wyzwanie. Nauka trwała długo. Trzeba było dojechać 60 kilometrów raz lub dwa razy w miesiącu i przebywać na miejscu od piątku do niedzieli. Trzeba umieć jeździć końmi czwórkami, szóstkami. To później przydaje się na defiladach. Szkolił nas największy w tej dziedzinie autorytet w kraju – rotmistrz Robert Woronowicz, przygotowujący najważniejsze defilady w Polsce, prowadzi też szwadron oddziału Wojska Polskiego. Dzięki zdobytym umiejętnościom mogłem wziąć udział w defiladach przy Grobie Nieznanego Żołnierza, a także w Suwałkach czy Białymstoku.

PK: W defiladzie nie może wziąć udziału każdy kto ma konia i ochotę pojechać. W jaki sposób dobierani są jeźdźcy?

ZO: W Polsce są różne jednostki. Z każdej z nich jest wybierana sześciokonna delegacja. Ja przynależę do III Pułku Strzelców Konnych w Toporzysku. Naszym znakiem są amarantowe otoki na czapkach.

PK: Bierze Pan udział w zawodach Militari, wymagających jeszcze innych umiejętności…

ZO: Militari składają się z kilku konkurencji: crossu, skoków przez przeszkody, władania szablą, lancą, ujeżdżania, do tego dochodzi punktowana przez komisję musztra – panel wydaje dyspozycje i należy wykonać na koniu zadania. Liczy się również estetyka konia, czystość, a także prezentacja jeźdźca.

PK: Władanie szablą i lancą? W jaki sposób się Pan tego uczył?

ZO: Brałem udział w specjalnych szkoleniach w Toporzysku. Zajmował się nami fachowiec. Posługując się lancą czy szablą, trzeba jednocześnie umieć pokierować koniem.

PK: A skok przez płonące koło i poczta węgierska? To kolejne bardzo trudne wyzwania… Jest Pan uzależniony od adrenaliny?

ZO: Chyba tak (śmiech). To faktycznie są bardzo trudne do wykonania zadania, jednak potrafię to robić. Skok na koniu przez płonące koło wykonywałem w Nowym Targu i Giżycku. Skacząc rozpościera się ręce na boki. Z kolei poczta węgierska polega na kłusowaniu i galopowaniu stojąc na grzbietach dwóch spiętych koni.

PK: Jakie największe marzenie związane z końmi udało się Panu spełnić?

ZO: Zrealizowałem dwa marzenia i jestem z nich dumny. Wraz z siedmioma kolegami przebyliśmy konno szlak transbeskidzki z Brennej do Wołosatego pod Sanokiem. Trasa liczyła 600 kilometrów, zajęła nam dwanaście dni, czyli średnio przejeżdżaliśmy pięćdziesiąt kilometrów na dzień. Poruszaliśmy się od jednego punktu agroturystycznego do kolejnego. Drugim spełnieniem jest udział w rekonstrukcji bitwy pod Komarowem w jej stulecie (największa od początku XIX wieku bitwa kawalerii – przyp. red). Niezapomniane przeżycia. Pojechałem nie otrzymując wskazówek co do stroju z epoki, wobec czego już na miejscu zostałem przydzielony pod wrogą Polakom flagę i „walczyłem” jako Moskal. Kręciliśmy film cztery dni. W rekonstrukcji wzięło udział 450 koni. Czuwano nad wszystkimi szczegółami, łącznie z wybuchami. Dokładnie odwzorowano bitwę. Każdego dnia byliśmy na koniach po kilka godzin. Na koniec odbyła się uroczysta defilada. Filmy można obejrzeć na Facebooku. Widać mnie na trzech ujęciach, pojawiam się w białej koszuli bez czapki. Udział w rekonstrukcji był fantastyczną przygodą.