Urząd Gminy Tomice
ul. Wadowicka 51
34-100 Tomice
Godziny otwarcia:
poniedziałek: 7:00 - 16:00
wtorek-czwartek: 7:00 - 15:00
piątek: 7:00 - 14.00
Dane kontaktowe:
+48 33 823 35 98
gmina@tomice.pl
Tomice / Aktualności / Kultura / Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…” Rozmowa z Ryszardem Góralczykiem

Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…” Rozmowa z Ryszardem Góralczykiem

Opublikowano w dniu: w kategorii: Kultura  

Ryszard Góralczyk – wieloletni Sekretarz Gminy Tomice oraz regionalista i pasjonat historii rodzinnej Lgoty, był drugim gościem Ośrodka Kultury Gminy Tomice w ramach projektu „Mam do powiedzenia…”. Zapraszamy do przeczytania bardzo interesującego wywiadu.

RYSZARD GÓRALCZYK. „DOKUMENTOWANIE HISTORII POZOSTAWIONYM PO SOBIE DZIEDZICTWEM”

Społecznik, samorządowiec i sekretarz gminy Tomice, pełniący tę funkcję przez 21 lat. Wytrwały pasjonat historii swojej rodzinnej Lgoty, poświęcający jej każdą wolną chwilę, choć nie od razu zauważył potencjał małej miejscowości. W młodości jego marzeniem było wyrwanie się do miasta i ucieczka od rolnictwa. Jak sam twierdzi, musiał dojrzeć do tego, żeby docenić Lgotę, poznać jej historię i uświadomić sobie, że zagłębianie się w nią i dokumentowanie jest nie tylko entuzjastycznym porywem, ale również dziedzictwem, które każdy człowiek powinien po sobie zostawić. Rozmawiamy z Ryszardem Góralczykiem – człowiekiem barwnym, pracowitym, wyrazistym w poglądach i działaniach.

Paweł Kręcioch: Jest Pan mocno związany z Lgotą, swoją rodzinną miejscowością. Czy to środowisko w jakiś sposób Pana kształtowało? Jakie są najwcześniejsze wspomnienia?

Ryszard Góralczyk: To kawał czasu, ale moją postawę w tamtym czasie nie do końca kształtowało środowisko, z którego wyrosłem, bo życie na wsi nierozerwanie wiązało się z rolnictwem, a to nie był szczyt moich marzeń. W latach szkoły podstawowej ciągle krzywdowałem sobie, że jako dziecko rolników muszę wstawać o 4-5 rano do „przerywania” buraków, pielenia ziemniaków, czy „stykowania” obornika, czyli przesuwania go za pomocą kija lub wideł pod lemiesz pługa, aby został dobrze przyorany. Cieszyły mnie proste rzeczy – zbieranie z całą klasą stonki ziemniaczanej na okolicznych polach. Gorzej było z udzielaniem pomocy sąsiadom przy żniwach czy udział w czynach społecznych z łopatą w ręku, by autobus dojechał do wsi. W dzieciństwie ominęła mnie inna rozrywka – ze względu na wątłą posturę nie mogłem grać z chłopakami w powstałym LZS Czarni Lgota, a tylko kibicować im zza płotu.

PK: Po nauce w lgockiej szkole dostał się Pan do wadowickiego liceum…

RG: Nie zmieniło się wiele. Kiedy dostałem się do tej szkoły, stres chłopaka ze wsi uczęszczającego do klasy, w której byli prawie sami wadowiczanie, pogłębiał moją niechęć do rolnictwa. W liceum nie angażowałem się społecznie, ani w szkole, ani na wsi. Trzeba było szybko wracać do domu, by pomóc rodzicom w gospodarstwie.

PK: Zatem chciał się Pan nadal edukować i wyrwać ze swojej wioski?

RG: Na pewno nie chciałem poprzestać na średnim wykształceniu. Dużą rolę w dalszej nauce odegrało starsze rodzeństwo, siostra i brat, absolwenci wyższych uczelni. Stanąłem przed wyborem studiów. Coś we mnie było jednak zakodowane – pomimo braku chęci do pracy na roli przeczuwałem, że wrócę na ojcowiznę.

PK: Zanim to jednak nastąpiło kontynuował Pan naukę w Krakowie…

RG: Ukończyłem Wydział Ogrodniczy Akademii Rolniczej w Krakowie. To był czas krótkotrwałego oderwania się od rodzinnej wsi, ale również nabywania doświadczenia w pracy społecznej na rzecz uczelni i studentów, nawiązywania przyjaźni, nabierania pewności siebie i kształtowania moich poglądów na politykę i życie społeczne.

PK: Studiował Pan w niespokojnych, ale też ciekawych czasach i był świadkiem, a nawet uczestnikiem, wydarzeń historycznych…

RG: Tak. Na rok przed zakończeniem studiów uczestniczyłem manifestacjach studenckich i „Czarnym Marszu” po zabójstwie Stanisława Pyjasa. Wróciłem w rodzinne strony, podjąłem pracę zawodową, ale ciągle duchem pozostawałem w Krakowie. To był rok 1978. Szybkim krokami nadchodziły czasy przełomu, które miały wpływ na moją postawę i stosunek do wartości podstawowych: wybór Karola Wojtyły na papieża, zamach na jego życie, „Biały Marsz” w Krakowie w 1981 r., w którym wziąłem udział, stan wojenny. Wstąpiłem do NSZZ „Solidarność”, do końca życia nie zapomnę atmosfery wielkiego sprzeciwu i wspólnoty w czasie pielgrzymki papieża do krakowskich Mistrzejowic w 1983 r.

PK: Czym zajmował się Pan po studiach?

RG: Oprócz pracy zawodowej w doradztwie ogrodniczym, prowadziłem w tym czasie własne gospodarstwo z plantacjami krzewów owocowych, uprawą pomidorów w tunelach i kwiatów gruntowych. Wtedy dopiero zacząłem udzielać się społecznie, raczej pod namową i presją mieszkańców. Działałem w radzie sołeckiej w Lgocie, wiejskiej spółce wodnej, kółku rolniczym i miejscowych społecznych komitetach budowy wodociągu, gazociągu i sieci telefonicznej, a nawet rozbudowy domu ludowego.

PK: Wszystkie te aktywności spowodowały, że lokalna społeczność doceniła Pana. W wieku 36 lat wszedł Pan w struktury samorządowe, a później został sekretarzem gminy.

RG: W 1990 r. zostałem radnym rady gminy Tomice z ramienia Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” i wygrywałem kolejne wybory w 1994 i 1998 r. Praca w organizacjach wiejskich i w radzie gminy Tomice stanowiła dla mnie autentyczną szkołę społecznego działania i dawała poczucie spełnienia się w tym obszarze mojej aktywności. Ten czas miał zdecydowany wpływ na moją dalszą postawę już wtedy, gdy zostałem sekretarzem gminy. Wtedy rodzinna wieś pozostała jakby na boku, spoglądałem na jej problemy z innej perspektywy, bardziej globalnie, widząc jak wiele jest w gminie niezbędnych, ponadlokalnych wyzwań, choćby z zakresu oświaty czy kanalizacji sanitarnej. Miałem szczęście, że w czasie mojego sekretarzowania Lgota miała dobrych sołtysów i radnych, którzy zabiegali o realizację najpilniejszych zadań na terenie sołectwa. Duchowo sprzyjałem tym inicjatywom, ale nigdy nie przedkładałem interesu Lgoty ponad interes gminy. Może niektórzy mieli mi za złe, że za mało walczę o interesy wsi na forum gminnym, czy że np. sprzyjam likwidacji szkoły w Lgocie. Nie przekonywały mnie argumenty, że malutka szkółka jest lepsza od większej szkoły, że jedno, dwoje czy pięcioro uczniów w jednej klasie pod czułą opieką nauczycielki sprzyja emocjonalnemu i intelektualnemu rozwojowi tych dzieci.

PK: Praca w Urzędzie Gminy to poważne wyzwanie, wiąże się z wieloma obowiązkami, często wyrzeczeniami. Jak ją Pan wspomina?

RG: Sekretarzem zostałem w 1998 roku i pełniłem tę zaszczytną funkcję przez 21 lat, do stycznia 2020 roku. Wydzierżawiłem wtedy gospodarstwo rolne i całkowicie oddałem się pracy zawodowej – zupełnie innej niż ta, którą wykonywałem do tej pory. Ciągłe podnoszenie kwalifikacji z zakresu administracji publicznej i prawa materialnego, bycie na bieżąco z najnowszymi rozwiązaniami natury organizacyjno-prawnej, odpowiadanie na indywidualne i społeczne oczekiwania mieszkańców, sprawna organizacja różnego rodzaju wyborów i referendów – to wyzwania jakie stały przede mną i utrzymywały mnie zawsze w stanie gotowości. Życie prywatne prawie w całości uzależniłem od pracy zawodowej, do rzadkości należały wolne popołudnia w soboty czy niedziele. Rodzina pozostała trochę na boku. Synowie widzieli, że ciągle czymś się zajmuję, że ciągle pracuję i wypominali mi czasami, dlaczego nie pojadę z nimi na narty, na basen, do kina. Teraz widzę, że „weszli w moje buty”, już żyją na własny rachunek, dużo pracują i myślę, że poradzą sobie w życiu.

PK: Obserwując Pana miało się wrażenie, że działanie na rzecz Małej Ojczyzny sprawiało Panu wielką przyjemność…

RG: Tak praca w urzędzie gminy sprawiała mi przyjemność i dawała satysfakcję, pomimo, że czasem było trudniej, lub bardzo trudno, były i nieprzespane noce, coraz więcej nowych obowiązków i obaw o przyszłość, szczególnie w okresie choroby wójta Adama Kręciocha i potem gdy po Jego śmierci zostałem mianowany przez premiera do wykonywania funkcji wójta do czasu wyboru nowego w listopadzie 2015 r. Dobrze układała mi się współpraca z wójtami – Antonim Gieruszczakiem, Adamem Kręciochem, Witoldem Grabowskim, no i z pracownikami urzędu, którzy, powiem nieskromnie, chyba darzyli mnie szacunkiem. Wydaje mi się, że rozumiałem potrzeby mieszkańców i cieszyły mnie wszelkie działania i przedsięwzięcia poprawiające warunki i jakość ich życia, zarówno w wymiarze przyziemnym – materialnym jak i duchowym czy społecznym. Serce rosło, kiedy coraz więcej działo się w edukacji, kulturze czy sporcie, kiedy – głównie dzięki lokalnym liderom – pojawiało się coraz więcej oddolnych inicjatyw integrujących społeczność lokalną, inicjatyw kultywujących lokalne tradycje i zwyczaje, inicjatyw budujących tożsamość i więź społeczną.

PK: Czy był temat szczególnie Panu bliski?

RG: Dużą wagę przywiązywałem do wyrównywania szans edukacyjnych dzieci i młodzieży, co znalazło swój wyraz w pełnym poparciu dla utworzenia w gminie jednego gimnazjum. Przemawiały za tym głównie moje życiowe doświadczenia, chłopca z małej wsi, który przeszedł prawie wszystkie szczeble edukacji, poznał – dzięki zagranicznym podróżom – blaski i cienie życia na wschodzie i zachodzie i mógł… zostać sekretarzem gminy. Niestety, późniejsze populistyczne hasła i krótkowzroczna polityka państwa wzięły górę nad racjonalnym myśleniem. Uważam, że w dziedzinie edukacji popełniono wielki błąd wracając do małych ośmioklasowych szkółek wiejskich.

PK: Może podzielić się Pan z czytelnikami zabawnymi sytuacjami, anegdotami, które miały miejsce podczas pracy w Urzędzie Gminy? Na pewno takie się zdarzały…

RG: To chyba najtrudniejsze pytanie. Oczywiście dochodziło do zabawnych sytuacji, ale w tej chwili nie mogę jakoś pozbierać myśli… Przypominam sobie jakieś wydarzenia, które z perspektyw czasu mogą być śmieszne, ale wtedy nie zawsze było mi do śmiechu. Na przykład spotkania z tzw. trudnymi klientami, którzy przekonani tylko do własnych racji, wpadali do urzędu i już od drzwi wejściowych krzyczeli, lub przychodzili w stanie „po spożyciu”. Często pracownicy – z reguły kobiety – zamykali przed nimi drzwi lub kierowali do innych biur w urzędzie, najczęściej do sekretarza, bo wiedzieli, że on ich „spławi”, nie pozwoli sobie „w kaszę dmuchać”. Z powagą straszyłem policją i kierowaniem spraw na drogę sądową za obrażanie urzędnika samorządowego. Raz jeden z krewkich petentów pojawił się w gminie z pistoletem w kieszeni… Przypominam sobie też sytuacje z moimi znajomymi lub mieszkańcami, którzy przychodzili lub dzwonili do urzędu, bo chcieli sobie pogadać „o niczym”. Ukrywałem się przed nimi w innych pomieszczeniach urzędu lub zostali informowani, że nie ma mnie w pracy. Naprawdę nie miałem na tyle wolnego czasu, by zajmować się „niczym”.

PK: Zmieniłby Pan coś w swojej ścieżce zawodowej, gdyby była taka możliwość?

RG: Nie. Uważam, że moja praca w urzędzie gminy była następstwem szczęśliwego zbiegu okoliczności. Miałem jakieś doświadczenie w pracy społecznej, byłem radnym, znałem mieszkańców i gminę Tomice, no i odchodziła z pracy poprzednia pani sekretarz. Miałem też szczęście, że na drodze społecznego działania spotkałem młodszego od siebie tylko o 10 dni mojego późniejszego szefa, a wtedy też radnego, Adama Kręciocha. To z jego inicjatywy i za aprobatą radnych zostałem sekretarzem gminy. Nowa praca wymagała ode mnie ciągłego doskonalenia i podnoszenia kwalifikacji, „trzymania głowy na karku”. Praca na stanowisku sekretarza w małym urzędzie gminy różni się diametralnie od pracy sekretarza dużej jednostki samorządowej. W małym urzędzie sekretarz musi być alfą i omegą w zakresie prawie wszystkich spraw gminy. Codziennie pojawiały się przede mną nowe wyzwania, których rozwiązywanie wciągało jak narkotyk. Dzięki pracy w administracji publicznej spotkałem na swojej drodze wiele wartościowych postaci, samorządowców, przedstawicieli władzy różnych szczebli, nauczycieli, ludzi nauki, kultury i sztuki, hobbystów i regionalistów. Miałem okazję bywać służbowo w Gdańsku, Warszawie, Krakowie czy poza granicami kraju. Nigdy nie myślałem o zmianie pracy i nie było sytuacji zagrażającej mojej pozycji zawodowej.

PK: Wchodzimy do strefy komfortu… Jakie są pańskie zainteresowania?

RG: Najkrócej mówiąc są dwa obszary moich zainteresowań; pierwszy – to badanie dziejów mojej rodziny, czyli poszukiwanie przodków i więzi rodzinnych, drugi – badanie dziejów Lgoty, mojej rodzinnej miejscowości.

PK: Pasje najczęściej kiełkują w już w wieku dziecięcym. Czy zamiłowanie do historii narodziło się właśnie wtedy?

RG: Nie w moim przypadku. Jako dziecko zbierałem znaczki pocztowe, potem tekturowe podstawki do piwa. Nie interesowały mnie za bardzo opowiadania rodziców o wojnie czy czasach powojennych. Zamiłowanie do historii swojej rodziny i miejscowości przyszło z wiekiem. Im człowiek starszy, tym coraz częściej myśli o swoich przodkach i dziedzictwie, które po sobie zostawi. Powoli dochodziłem do przekonania, że muszę odnaleźć mojego najstarszego przodka, jego potomków „po mieczu i kądzieli” i usytuować siebie w tym towarzystwie. Poszukiwania rozpocząłem dopiero 10 lat temu, a dziś w mojej bazie rodzinnej jest około tysiąc osób. Okazuje się, że mój udokumentowany przodek mieszkał połowie XVIII w. w Lgocie. Nazywał się Góral, chociaż znany był też pod nazwiskiem Pasterak. Mieszkał w części wsi, gdzie stał dziedziczny dworek panów na Lgocie – Lgockich. Efektem moich badań genealogicznych jest 60-stronicowa, aktualizowana na bieżąco i okraszona archiwalnymi fotografiami elektroniczna publikacja pt. „Ród Góralczyków z Lgoty”, która udostępniana jest online członkom rodu.

PK: Co zadecydowało, że zaczął Pan zgłębiać dzieje Lgoty? 

RG: Wielki wpływ na to, że się nią zająłem mieli lokalni regionaliści: Andrzej Buś, Michał Ogiegło, Józef Łasak, Stefan Garus czy Teofil Bojęś, których publikacje o Witanowicach, Radoczy, Woźnikach czy Zygodowicach czytałem po kilka razy. Wyłuskiwałem z nich każdą informację o Lgocie, gromadziłem przekazy ustne i zbierałem rozproszone w różnych miejscach wzmianki o rodzinnej wsi i w końcu zrozumiałem, że nie mogę zdobytej wiedzy pozostawić tylko dla siebie. Ilość nagromadzonego materiału wystarczyłaby na napisanie kilkusetstronicowej książki o najmniejszej miejscowości w gminie Tomice.

PK: Żeby dobrze opisywać rzeczywistość, należy umieć „złapać dystans” do informacji, często ustnie przekazywanych, umiejętnie je „ważyć”, skupiać się na faktach. Nie jest to proste zadanie. Zdolność do szerszego spojrzenia jest u Pana wrodzona, czy uczy się Pan przygotowując kolejne publikacje?

RG: Z tymi kolejnymi publikacjami, to lekka przesada. Napisałem kilka artykułów i ulotek o gminie Tomice, jestem autorem informatora „Gmina Tomice …krok po kroku”, albumu „Witanowice na starej fotografii”, czy ostatnio we współpracy z Szymonem Putkiem książki pt. „Joasia. Siłaczka z Lgoty”, wydanej przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Lgoty. Nie posiadam polotu w barwnym opisywaniu rzeczywistości, tej współczesnej jak i dawnej. Z pisaniem mam pewne problemy, nie mam daru „lania wody”. Jestem raczej analitykiem opisującym historię na podstawie posiadanych, sprawdzonych informacji z różnych źródeł, przede wszystkim pisanych. Może to cecha wrodzona – w gronie mojej najbliższej rodziny przeważają osoby z umysłem ścisłym. Pozyskane dane poddaję analizie i przekazuję czytelnikom tylko wiarygodne informacje, które czasem przybierają formę suchych faktów lub prezentowania skanów dokumentów źródłowych. Największy problem mam z przekazami ustnymi, czasem wzajemnie się wykluczającymi. Dotyczy to na przykład historii Lgoty z lat 1945-1950, czy rozbieżnych informacjo o udziale mieszkańców Lgoty w ruchu oporu w czasie II wojny światowej.

PK: Skąd pomysł na dokumentowanie, zbieranie materiałów o Lgocie?

RG: Lgota nie posiada dobrze opisanej, możliwie pełnej i popartej dokumentami źródłowymi historii. W czasie pracy na stanowisku sekretarza miałem ułatwiony dostęp do archiwum urzędu, kronik, akt stanu cywilnego, ksiąg parafialnych, baz meldunkowych czy innych materiałów źródłowych, w których odnajdywałem informacje o Lgocie i jej mieszkańcach. Doszedłem do przekonania, że część tych informacji warto wykorzystać do opisania historii rodzinnej miejscowości. Moje poszukiwania nie ograniczyły się tylko do lokalnych baz danych. W czasie urlopu odwiedzałem czytelnię Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, gdzie sięgałem do rękopisów i starych druków, archiwalnych czasopism i wszelkich publikacji, w których choćby tylko jedno zdanie dotyczyło Lgoty. Ilość zebranych informacji przerosła moje oczekiwania. Wiele archiwalnych dokumentów dotyczących Lgoty jest już łatwiej dostępna, często znajdują się online w zasobach bibliotek cyfrowych. Obecnie rzadko korzystam z przekazów mówionych – z uwagi na pandemię odwołałem kilka indywidualnych spotkań z mieszkańcami, którzy bardzo chętnie dzielą się informacjami i udostępniają stare dokumenty i fotografie z archiwów domowych. Niektóre rodziny posiadają własne podstrony na „Naszej Lgocie” zwane albumami rodzinnymi, gdzie publikuję udostępnione materiały. To niezwykle cenny przyczynek mieszkańców do pisania historii Lgoty. W tej chwili większość informacji pozyskuję ze zbiorów bibliotek cyfrowych: Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej, Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej, Biblioteki Cyfrowej Małopolskiego Towarzystwa Genealogicznego, Cyfrowego Archiwum Archidiecezji Krakowskiej, Narodowego Archiwum Cyfrowego i kilku innych. Wiele archiwalnych dokumentów o Lgocie nie zostało jeszcze zdigitalizowanych. Po ustąpieniu pandemii planuję jeszcze odwiedziny w Oddziale Archiwum Państwowego w Katowicach i w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie.

PK: Coś Pana szczególnie inspirowało do tej trudnej, mrówczej pracy?

RG: Inspiracją moich działań było przekonanie, że mieszkańcy Lgoty powinni poznać dzieje swojej Małej Ojczyzny, w której nadal dużą rolę odgrywają więzi społeczne i poczucie identyfikacji z miejscem pochodzenia, co zresztą jest cechą charakterystyczną dla takich małych społeczności. Nie chciałbym w tym miejscu nadużywać pewnych stwierdzeń, bo może to zabrzmi zbyt patetycznie, ale pozwolę sobie przywołać słowa wielkich Polaków: św. Jana Pawła II – „Naród, który nie zna swojej przeszłości, umiera i nie buduje przyszłości”, czy Józefa Piłsudskiego – „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.” Może za bardzo wziąłem sobie te słowa do serca, może są za mocne, ale uważam, że jest w nich wiele racji.

PK: Dzieje wsi spisuje Pan na utworzonym przez siebie blogu Nasza Lgota – internetowa kronika wsi. Kiedy pojawił się pomysł na takie miejsce w Internecie?

RG: Będąc od początku przekonanym, że napisanie przeze mnie monografii Lgoty w czasie aktywności zawodowej jest niewykonalne, postanowiłem założyć własną stronę internetową o wsi, z zamiarem stopniowego – w miarę wolnego czasu – publikowania pojedynczych artykułów o Lgocie i wskazywania źródeł pochodzenia danych, zamieszczania na stronie skanów dokumentów i fotografii. Pomysł założenia strony „wypalił”. Doszedłem do przekonania, że nie będzie miała charakteru portalu informacyjnego czy społecznościowego, ale raczej ma stanowić usystematyzowane, wręcz encyklopedyczne źródło wiedzy o wsi. Stąd pomysł, aby nazwać ją bezpiecznie internetową kroniką wsi, w której każda kolejna podstrona będzie otwierać nową kartę historii mojej miejscowości.

PK: Kronika cieszy się dużym powodzeniem i chyba może Pan być usatysfakcjonowany jej zasięgiem?

RG: Obserwując statystyki strony widzę, że „Naszą Lgotę” odwiedzają czytelnicy z całego świata, a odwołania do strony www.naszalgota.wordpress.com znajdują się w kilku artykułach naukowych i popularnonaukowych. Często kontaktują się ze mną rodacy z kraju i zagranicy, poszukujący informacji o swoich korzeniach, przekazują do opublikowania rodzinne dokumenty i fotografie. Przy okazji stale rozrasta się baza starych fotografii, pojawiają się nowe pomysły dotyczące tematów poruszanych na stronie czy konieczność aktualizacji opublikowanych już artykułów. „Nasza Lgota” działa od czerwca 2015 r. Strona została założona na darmowej platformie blogowej wordpress.com, przez co moje możliwości co do zakresu i wielkości publikowanych informacji są nieco ograniczone. Obecnie „Nasza Lgota” liczy 407 podstron i zawiera 3 900 zdjęć. Od początku odwiedziło ją 306 000 czytelników, najwięcej z Polski – 265 000, Stanów Zjednoczonych – 23 000, Szwajcarii – 4 100, Wielkiej Brytanii – 3 900, Niemiec – 1 800.

PK: Ciągle pojawiają się przed Panem jakieś wyzwania?

RG: Pozostaje we mnie pewien niedosyt, że nie dotarłem do wszystkich źródeł pisanych o Lgocie.

PK: Co uznaje Pan za swoje największe osiągnięcie w zgłębianiu historii Lgoty?

RG: Pozyskanie za odpłatnością austriackich katastrów gruntowych, tzw. Metryki Józefińskiej z lat 1786-1788 i Metryki Franciszkańskiej z 1820 r., przechowywanych w Centralnym Historycznym Archiwum Państwowym Ukrainy we Lwowie. To prawdziwa kopalnia wiedzy o Lgocie w tamtych latach, o właścicielach gruntów, uprawianych roślinach, osiąganych plonach, lasach, istniejących budynkach czy układach komunikacyjnych. To bardzo interesująca lektura licząca blisko 150 stron różnego rodzaju dokumentów. Zamieszczam na „Naszej Lgocie” artykuły o tym niecodziennym nabytku. Wiem, że każda miejscowość z gminy Tomice, posiada własne metryki we Lwowie. Powinni po nie sięgnąć miejscowi historycy i regionaliści. Badanie dziejów Lgoty przyniosło wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania: skąd takie nazwy w Lgocie jak Czwarta Część czy Piekliska, kto dzierżył funkcjonujące w jednym czasie 4 folwarki czy 4 karczmy, ale także 2 browary, stawy, cegielnię czy młyn funkcjonujący tu już w 1509 r. Trudno wskazać najbardziej zaskakującą i najciekawszą informację. Szokujące informacje znajdują się w dziale „Kronika policyjna”, m.in. o popełnionych w Lgocie zabójstwach czy podpaleniach albo w „Lgockim Słowniku Biograficznym” o dziedzicu Józefie Ankwiczu, który w czasie insurekcji kościuszkowskiej został skazany na śmierć za zdradę Polski i powieszony 9 maja 1794 r. w Warszawie. Warto też wspomnieć o Henryku Lgockim (1861-1917), który urodził się w Lgocie i zasłynął jako inicjator i właściciel „Panoramy Tatr”, największego polskiego dzieła malarskiego jakie kiedykolwiek powstało, obrazu większego od słynnej Panoramy Racławickiej. Cenne są również galicyjskie mapy z planami Lgoty, na których obserwować można zmieniający się układ przestrzenny wsi i zagospodarowanie gruntów.

PK: Pański blog to obraz rzetelnej pracy. Dużo czasu mu pan poświęca?

RG: Dużo i prawie codziennie. Ciągle piszę nowe artykuły, aktualizuję te już opublikowane. Artykuły często pisane są na podstawie źródeł, którymi są trudne do odczytania stare rękopisy czy dokumenty pisane po łacinie lub w innych niż polski językach. To wymaga już szperania po słownikach języków obcych, zawierających np. starołacińskie formy językowe.

PK: Przed kilkoma miesiącami ukazała się książka „Joasia. Siłaczka z Lgoty”. Publikacja została wydana dzięki staraniom Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Wsi Lgota. Pan odpowiadał za opracowanie redakcyjne książki. Przybliży Pan postać bohaterki?

RG: Matylda Boroń – tytułowa bohaterka publikacji – to bardzo nietuzinkowa postać, rodowita mieszkanka Lgoty i charyzmatyczna nauczycielka, wychowawca kilku pokoleń uczniów i młodzieży. Jej dzieje, prowadzące od progu lgockiej wiejskiej chaty, przez seminarium nauczycielskie, junackie hufce pracy, ucieczkę przed pogromem na Wołyniu, powojenną walkę z analfabetyzmem, dawanie świadectwa więzi z „Małą Ojczyzną” i kształtowanie postaw szacunku dla wartości i tradycji, to tylko niektóre epizody z jej życia. Tak jak „Siłaczka” Stefana Żeromskiego, realizowała w praktyce hasła pracy u podstaw i niosła kaganek oświaty. Matylda Boroń może być nazwana współczesną siłaczką, a książka wykorzystana w edukacji regionalnej i polonistycznej w naszych szkołach. Pozostaje niepisanym patronem Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Wsi Lgota, którego siedziba znajduje się w budynku szkolnym, a w którym mieszkała i uczyła prawie 50 lat. Książka przybliża zarówno mieszkańcom Lgoty, jak i szerszemu gronu czytelników, jej postać i działalność. Zawiera tekst autobiograficznej noweli Matyldy Boroń pt. „Joasia”, opatrzony przypisami redakcyjnymi, wiersze okolicznościowe autorki, informacje biograficzne oraz wspomnienia osób, które spotkały ją na swojej drodze. Książka prezentuje również unikatowe dokumenty i fotografie z jej życia zawodowego, społecznego i rodzinnego.

PK: Jak Pan wspomina pracę nad książką?

RG: Praca nie nastręczała większych trudności. Jako stowarzyszenie mieliśmy nie tylko ciekawe materiały do wydania książki, jak oryginalne dokumenty, archiwalne fotografie, teksty artykułów, ale również wielkie obawy o stronę finansową przedsięwzięcia. Wsparli nas Zarząd Powiatu Wadowickiego i Wójt Gminy Tomice, dzięki którym udało się wydać bardzo interesującą publikację. Jednak największym problemem okazał się tegoroczny COVID. Prezentacja książki miała się odbyć na pikniku rodzinnym w Lgocie, który corocznie gromadzi kilkuset uczestników. Niestety, otwarte spotkanie autorskie odbyło się w ograniczonym, 30. osobowym gronie. Książka cieszy się dużym zainteresowaniem czytelników. Jest dostępna w bibliotekach publicznych i szkolnych oraz w siedzibie Stowarzyszenia.

PK: Co zamierza Pan jeszcze opublikować? Jakie tematy „leżą na stole”?

RG: Ze zgromadzonego materiału o Lgocie mógłby powstać album liczący kilkaset starych fotografii czy monografia wsi, ale Stowarzyszenie myśli o wydaniu innej publikacji. Na razie przedmiot i tytuł książki pozostają w tajemnicy, bo wszystko zależy od pieniędzy. Dyskutujemy o sposobie ich pozyskania i wielkości nakładu, bo to ma być publikacja o ponadlgockim zasięgu.

PK: Gmina Tomice jest bogata w historie, które należałoby uwiecznić. Brakuje jednak opracowań, monografii. Przez kolejne lata w różnych źródłach powiela się te same, często krótkie, informacje. Istnieją przecież szerokie możliwości zarówno w ich pozyskiwaniu, odnajdywaniu jak i dzieleniu się nimi w różnoraki sposób…

RG: Podzielam pogląd o braku artykułów i opracowań historycznych o gminie Tomice. Nie posiada ona kompleksowego opracowania w tym zakresie, takiej monografii jaką mają okoliczne gminy. Jestem też krytycznie ustosunkowany do niektórych z istniejących opracowań, bo powielają ogólne informacje o regionie zaczerpnięte z innych wydawnictw. Oczywiście informacje ogólne, wprowadzające do historii gminy są niezbędne, ale nie mogą zdominować całej publikacji. Wyjątkowość wydawnictwa powinna polegać na ciekawych opisach poszczególnych miejscowości. Wydaje się, że z punktu widzenia czytelnika, który identyfikuje się z miejscem pochodzenia, bardziej wartościowe byłyby opracowania czy monografie konkretnych miejscowości. Może jestem w błędzie, ale według mnie najlepiej zrobiliby to rodowici mieszkańcy, którzy mają łatwość nawiązywania kontaktów i wzbudzają zaufanie lokalnej społeczności. Większość mieszkańców chciałaby mieć w domowej bibliotece książkę o swojej wsi, czy wręcz przyczynić się do jej wydania, a nawet sfinansowania. Muszę przyznać, że nie widzę osób skorych do podjęcia się trudnego zadania, opisania dziejów miejscowości. Może poza Radoczą, gdzie doświadczenie i zapał do pisania książek ma pan Józef Łasak, czy pani Agnieszka Graboń, której maszynopis o historii szkoły podstawowej w Radoczy czytałem i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pisanie nie jest rzeczą łatwą, a opisywanie historii w sposób ciekawy – bardzo trudne. Niebagatelne są również koszty przygotowania takich monografii. Może warto by podjąć i pilotować ten temat w Ośrodku Kultury w Tomicach, tak jak czynią to okoliczne gminne instytucje kultury. Widzę taki potencjał wśród pracowników naszego Ośrodka i tu puszczam oko…

PK: Kończąc wątek zgłębiania archiwaliów – słabo udokumentowana jest historia „stolicy gminy” – Tomic, jako wioski…

RG: Rzeczywiście, sama wieś Tomice, która w wieku XVIII określana była jako „Państwo Tomice” prezentuje się szczególnie skąpo jeżeli chodzi o opracowania historyczne. Panem tego dominium byli Starowiejscy, posiadający posiadłości ziemskie w Radoczy, Lgocie, Witanowicach, Wadowicach i szeregu innych miejscowości. Do tej pory nie wiemy jaką pieczęcią posługiwała się gromada, a później gmina Tomice pod zaborem austriackim. Taką wiedze posiadają inne gminne miejscowości. Wiele informacji o właścicielach Tomic mogą zawierać stare księgi metrykalne. Na pewno interesujące są austriackie metryki katastralne Tomic przechowywane we Lwowie. Tak mało wiemy również o dworze Gostkowskich czy kaplicy św. Jakuba w Tomicach. Większość starych fotografii mieszkańców Tomic pozostaje w archiwach domowych. Warto by je odszukać i upowszechnić, bo za kilka lat, nikt nie będzie wiedział, co lub kogo przedstawiają. Może znajdzie się w Tomicach autentyczny pasjonat, który zacznie gromadzić materiały źródłowe i opisywać dzieje największego sołectwa w gminie.

PK: Bardzo dziękuję za poświęcony czas. Czego Panu życzyć na wiele kolejnych lat spokojnej emerytury?

RG: Zdrowia przede wszystkim i myślę, że dalszego zapału w odkrywania kolejnych kart historii Lgoty, a w końcu wydania monografii wsi w formie książkowej.