Urząd Gminy Tomice
ul. Wadowicka 51
34-100 Tomice
Godziny otwarcia:
poniedziałek: 7:00 - 16:00
wtorek-czwartek: 7:00 - 15:00
piątek: 7:00 - 14.00
Dane kontaktowe:
+48 33 823 35 98
gmina@tomice.pl
Tomice / Aktualności / Kultura / Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…” Rozmowa z Mirą Sabatowicz

Cykl wywiadów “Mam do powiedzenia…” Rozmowa z Mirą Sabatowicz

Opublikowano w dniu: w kategorii: Kultura  

Mira Sabatowicz, odznaczona w tym roku odznaką “Zasłużony dla Kultury Polskiej”, właścicielka Galerii Sztuki „Bałysówka”, była kolejnym gościem cyklu „Mam do powiedzenia …”. Zapraszamy do lektury interesującego wywiadu.

MIRA SABATOWICZ. “WYDOBYĆ WEWNĘTRZNE ŚWIATŁO”

Marzenie Miry Sabatowicz o posiadaniu własnej galerii wydawało się jej mało realne. Trudno racjonalnie planować taką inwestycję w Krakowie, skąd pochodzi. Oddanie się pasji, podejmowanie różnych aktywności, często pójście pod prąd, powoli prowadziło jednak do zamierzonego celu. Wszechstronnie uzdolniona artystka od wielu lat jest właścicielką „Bałysówki”, gdzie realizuje się twórczo i żyje „na własnych warunkach”. Galeria tętni życiem. Odbywają się w niej spotkania artystów i imprezy okolicznościowe.

Paweł Kręcioch: Pochodzi Pani z Krakowa, jednak od wielu lat żyje poza nim. To realizacja marzenia o aktywnej pracy z dala od zgiełku miasta?

MS: Kraków lubię, mam do niego sentyment. To rodzinne miasto. Tata, dziadek, pradziadek – wszyscy z Krakowa. No i wszyscy już na Rakowicach… Planowałem opuścić moje miasto, ale dopiero na emeryturze. Twierdziłam, że przeprowadzę się ewentualnie tylko do Gdańska, bo to również bardzo klimatyczne miasto, które cenię. Plany jednak planami, a życie układa się inaczej. Ponieważ zawsze lubiłam wieś i chciałam mieć „swoje miejsce na ziemi”, dawno temu kupiłam działkę blisko Krakowa, za Wieliczką, koło Gdowa. I to była moja odskocznia od trudów codziennego życia. Tam spędzałam wolne chwile, wakacje. Kupiłam wóz – strzelnicę, dobudowałam taras, przykryłam dachem, podciągnęłam wodę ze studni, wykopaną przez studniarza w miejscu wskazanym przez okolicznego różdżkarza. Zaprzyjaźniłam się z sąsiadami. Ponieważ miałam z domu z Krakowa do działki tylko 18 kilometrów, potrafiłam pojechać tam po pracy na popołudniową kawę.  Moja córka, jako dziecko, również lubiła spędzać tam czas.

PK: Mimo wszystko zdecydowała się Pani na przeprowadzkę i osiedliła w Woźnikach…

MS: Poznałam bliskiego mi człowieka – Jacka, który nie chciał mieszkać w Krakowie, w bloku. Zaczęliśmy szukać miejsca, domu… Chciałam znaleźć coś w okolicach mi znajomych, czyli koło Gdowa, Dobczyc, nad Rabą. To były miejsca spędzania wolnego czasu przez krakusów. Znajome.  Nie udało się. A w listopadzie 2007 roku odebraliśmy klucze do domu w Woźnikach. Tak trafiłam na wieś. Najbardziej przerażało mnie, że wszyscy wszystkich znają. W mieście człowiek jest anonimowy. Ja nawet nie znałam wszystkich lokatorów mojego bloku, czyli ludzi z dziesięciu mieszkań. I to, co wydawało się najgorsze, okazało się wspaniałe. Wszędzie – w sąsiedztwie, w sklepie i w każdym innym miejscu spotykałam przychylnych ludzi, chcących porozmawiać, pomóc.

PK: Woźniki nie okazały się jednak ostateczną przystanią, bo na stałe zamieszkała Pani w Tomicach. Proszę o przybliżenie historii z zakupem wiekowego domu.

MS: W pośrednictwie nieruchomości, poprzez które Jackowi udało się kupić dom w Woźnikach, powiedziałam, że jeśli sprzedam wspomnianą wcześniej działkę blisko Krakowa, to chętnie kupię stary drewniany dom. Zawsze mi się podobały. Na wyjazdach oglądałam się za takimi. Nowe, współczesne, nawet najbardziej piękne, nie robiły na mnie wrażenia. Jeśli ktoś z moich znajomych zobaczył rozpadającą się chałupę, to zawsze się śmiał, że to dom dla Miry. Okazało się, że jest do kupienia dom w Tomicach, ale pośrednik zakomunikował, że ma aż trzynastu spadkobierców i że parę osób próbowało zostać właścicielami, ale nie dali rady. Okazało się, że wszyscy chcieli ten dom zburzyć. Byli zainteresowani wykorzystaniem terenu w centrum wsi, koło gminy i gimnazjum. Gdy powiedziałam, że ja będę remontować dom, w ciągu paru dni uzyskałam zgodę trzynastu spadkobierców.

PK: Szukając takiego budynku myślała Pani o jego zamieszkaniu, czy od razu priorytetem było stworzenie galerii?

MS: Chciałam, żeby to była galeria. Otwarcie galerii sztuki od zawsze „chodziło po głowie”, chociaż będąc w Krakowie, nigdy o tym poważnie nie myślałam. Tam byłoby to zbyt trudne. Sprawdziłam, czy pochodzący z 1866 roku dom nie jest wpisany do rejestru zabytków w Małopolsce. Nie był. Gdyby go tam zarejestrowano, nie poradziłabym sobie z remontem. Potrzebne były na to pieniądze, więc wzięłam kredyt. Niestety we frankach. Świat był wtedy dla mnie piękny i prosty, bo byłam zakochana. Zakupu dokonałam w październiku 2008 roku, a prace remontowe odbywały się w zimie.

PK: Doprowadzenie budynku do obecnego stanu kosztowało wiele pracy. Co konkretnie wymagało remontu?

MS: Ponieważ po przeprowadzeniu się tutaj nadal pracowałam w Krakowie, remont był trudny i teraz widzę, że nie wszystkiego dopilnowałam. Niektóre rzeczy można było zrobić inaczej. Od wielu lat cały czas coś remontuję, ulepszam, ocieplam. Wymieniłam dach, zamiast dachówki betonowej pojawiła się ceramiczna. Ponieważ nie chciałam nowej, odkupiłam starą z pięciu miejsc, najwięcej z rozebranej chałupy z Kalwarii Zebrzydowskiej, z przystanku, z kapliczki. Niby taka sama, ale fachowcy, którzy ją układali mówili na jej temat rzeczy nie nadające się do publikacji. Ważne, że leży i nie przecieka. Trzeba było wymienić część więźby dachowej – na wschodzie i nad oborą. W tym miejscu dom był najbardziej zniszczony. Inne konieczne prace to wyburzenie latryn, schowków, klatek na króliki, zdarcie ze ścian tynku, trzciny, gliny.

PK: Wewnątrz domu ekipa remontowa też nie narzekała na brak zajęć?

MS: Podłogi, w które się zapadałam, należało wyrzucić i wylać beton. Ponieważ w założeniu miała to być tylko i wyłącznie galeria, cały dom jest wyłożony płytkami podłogowymi, łatwymi do mycia. I teraz mieszkam na zimnych kafelkach i dorabiam gniazdka, ponieważ miałam tylko pojedyncze w każdym pomieszczeniu, żeby łatwo było odkurzyć. Oczywiście należało też zrobić instalację elektryczną, gaz, ogrzewanie.

PK: Po generalnym remoncie, uwolnieniu się od kredytu, w końcu mogła się Pani w pełni poczuć właścicielką domu, zejść z „placu budowy”…

MS: Kredyt we frankach, delikatnie rzecz ujmując, korzystny nie był. Po dziesięciu latach płacenia, miałam więcej do spłaty niż wzięłam z banku. Po naradzie z córką sprzedałam mieszkanie w Krakowie i wyzwoliłam się z kredytu. Zatem ocieplony mchem dom – stary, leciwy – kosztował mnie bardzo dużo. Ale nie żałuję tej decyzji. Jest to dla mnie wspaniałe miejsce do mieszkania i tworzenia. Z fantastycznym człowiekiem, artystą, malarzem i rzeźbiarzem. Czekałam na niego długo. Tworzymy „zgrany zespół” i staramy się, aby Bałysówka wyglądała coraz lepiej.

PK: Zanim Pani się wprowadziła na stałe w 2013 roku, domem zarządzała Pani mama…

MS: Sprowadziłam mamę z Krakowa w 2010 roku. Nazywaliśmy ją kustoszem. Była zawsze na miejscu, otwierała galerię gościom, gdy przychodzili pooglądać wystawę. My początkowo musieliśmy dyżurować tutaj przyjeżdżając z Woźnik. Gdy Mama przeprowadziła się, trzeba było zrobić jej pokój, wyposażyć lepiej kuchnię, łazienkę. Galeria trochę się zmniejszyła.

PK: Kiedy nastąpiło otwarcie „Bałysówki”?

MS: 16 maja 2009 roku. Nazwą chciałam się wpisać w otoczenie. Przeczytaliśmy o zamordowanym na początku wojny Wincentym Bałysie, rzeźbiarzu wykształconym w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, urodzonym w Tomicach, w podobnej chacie. Znalazłam rodzinę, zapytałam czy mogę tak nazwać galerię. Byli uradowani. Na otwarcie galerii przybyli z listem dziękczynnym i aniołem na szczęście.

PK: Galeria jest miejscem spotkań artystów. Jak na co dzień „żyje” to miejsce?

MS: Na otwarcie galerii zaprosiłam znajomych plastyków z Torunia, Warszawy. Wzięli w niej też udział okoliczni artyści. Od razu pojawił się pomysł z comiesięcznymi spotkaniami. Najpierw odbywały się w pierwszy piątek miesiąca, a później w drugi. Ponieważ trwał jeszcze remont, nie było ogrzewania, chciałam zawiesić spotkania na zimę. Nikt nie chciał się jednak zgodzić. Rano odpalaliśmy grzejnik w galerii, po południu przychodzili artyści, siedzieli w kurtkach, kocach, ale byli bardzo zadowoleni. Nie było wcześniej miejsca, pozwalającego się spotkać w swoim gronie. Informacja o galerii rozchodziła się i  coraz więcej plastyków przybywało do Bałysówki. Wiadomo było, że w drugi piątek miesiąca, każdy kto ma ochotę, może przyjść na spotkanie. Często brakowało miejsca, mimo kanap, rozkładanych stołków. Nikomu to nie przeszkadzało. Odbywały się wieczory wspomnieniowe, prezentacje książek, obrazów. Pojawiali się goście od Krakowa do Katowic i od Suchej Beskidzkiej do Ryczowa.

PK: Oprócz cyklicznych spotkań, są też i specjalne, okolicznościowe. Czym one się różnią?

MS: Co roku odbywa się jednodniowy plener.  W sobotę, około 20 lipca, co ma związek z moimi urodzinami, spotykamy się od rana. Początkowo były to plenery malarskie i ceramiczne. Później pojawił się pomysł, aby to co wykonamy ozdabiało Bałysówkę. I tak powstał z drewna Anioł z Diabłem, totem, tipi indiańskie, a ostatnio drewniany płotek z rzeźbionymi ptakami. Te elementy sprawiają ogromną uciechę przychodzącym dzieciom, które też często gościły na zajęciach z ceramiki i malarskich. Ponadto wiele grup ze szkoły zwiedzało galerię. Co roku przychodzą dzieci z naszego przedszkola. Myślę, że lubią te wizyty. W tym „muzeum”, jak mówią, mogą dotykać ścian z mchem, rzeźb, obrazów, czego w innych galeriach zrobić nie mogą.

PK: Galeria to też miejsce corocznego majowego „bałysowania”. Zaczęło się od imprezy zorganizowanej z okazji 150-lecia domu, która później stała się wydarzeniem cyklicznym. Nigdy w ciągu roku nie odwiedza Pani taka rzesza ludzi młodszych i starszych. Jest to na pewno promocja galerii i Pani twórczości, a także możliwość spotkania się z mieszkańcami gminy?  

MS: Zanim do tego doszło nadmienię, że od 2009 roku zawsze na początku maja odbywa się wystawa. Bierze w niej udział około 30 okolicznych artystów: z Tomic, Woźnik, Witanowic, Wadowic, Suchej Beskidzkiej, Kukowa, Krakowa, Katowic. Tematy wystaw były różne, np. „Barwy Rodziny”, „Ecce homo – Oto Człowiek”, „Tomice w sztuce”, „5 zmysłów”, „Lustro”, „Światłem malowane” i na dziesięciolecie galerii – „Jeszcze w zielone gramy”. Z dużą aprobatą na nasze działania patrzył wójt pan Adam Kręcioch i sekretarz gminy pan Ryszard Góralczyk. Rzadko na wsi powstaje galeria sztuki i skupia okolicznych artystów, którzy chcą zaprezentować swoją twórczość. Dzięki temu, że staliśmy się rozpoznawalni, W 2016 roku dom obchodzi swoje urodziny. 150 lat. Zapewne jest to najstarsza chałupa we wsi. W obchody rocznicy włączyła się gmina. Przygotowaliśmy imprezę pod hasłem „Dożyłem 150 lat” – obchody rocznicy domu – Bałysówka, Św. Jakuba 2”.  Pod galerią i na scenie zaprezentowały się zespoły dziecięce z Ośrodka Kultury Gminy Tomice, zespoły śpiewacze Kół Gospodyń Wiejskich. Licznie przybyli strażacy i mieszkańcy gminy. Koła Gospodyń przygotowały poczęstunek, a artyści zamienili się w mieszkańców Tomic sprzed 150 lat, przybierając odpowiednie ludowe stroje. I tak rozpoczęło się coroczne Majowe Bałysowanie. Dziękuję Urzędowi Gminy, wójtowi Witoldowi Grabowskiemu, Ośrodkowi Kultury, Kołom Gospodyń Wiejskich, strażakom, sołtysowi i wszystkim, którzy zawsze chętnie pracują nad przygotowaniem tej gminnej imprezy. Mam nadzieję, że wirus rozdzielił nas tylko na chwilę.

PK: Porozmawiajmy o twórczości. „Bałysówka” nie istniałaby, gdyby nie Pani talent, pasja i „malowanie świata”, które do odbiorców przemawia. Z zawodu jest Pani grafikiem, pracującym w tym zawodzie, zajmując się ciekawą tematyką, m.in. motoryzacją, a po po drodze był romans z modą, projektowaniem ubrań.  Cały czas drzemała w Pani potrzeba usamodzielnienia się jako artysta?

MS: Tak, chciałam wieść życie artysty, zajmując się samodzielną pracą twórczą. To nie było jednak proste, trochę pomogły przypadkowe sytuacje. Zaraz po studiach plastycznych szukałam swojej drogi. Zajęłam się projektowaniem ubrań, aplikowanych, wyszywanych. Z koleżankami otwarłyśmy stoisko w sklepie Len Polski  na Grodzkiej w Krakowie. Szyłyśmy ubrania z lnu, co było w Polsce nowością. Osoby z zagranicy były zachwycone. Polki dopiero się przekonywały do ubrań, które się mną! Ubrania cieszyły się dużym powodzeniem. Brałam udział w pokazach mody, wystawiałam w galeriach. Przeprowadzając się tutaj, nadal pracowałam zawodowo w Krakowie, jako grafik komputerowy w gazecie. Projektowałam plakaty, plansze reklamowe, np. w kinie Pod Baranami. W zaprzyjaźnionej redakcji uczyłam się projektowania reklam i składu gazet. I tak już zostało. Zaczęłam od gazet motoryzacyjnych, potem parę lat działałam w gazetach ogrodniczych i wróciłam do motoryzacji. Prawie dwa lata spędziłam na pokonywaniu drogi tam i powrotem do Krakowa. Rozchorowałam się, przeszłam operację i przestałam pracować. Wtedy miałam więcej czasu na malarstwo, pierwsze plenery. Interesowała mnie ceramika. Gdy przeczytałam o kursie garncarskim w Jadwisinie, nawet się nie zastanawiałam. Pojechałam na tydzień i wróciłam z kołem garncarskim. I tak zaczęła się praca z gliną. Najpierw garnki na kole, a potem lepienie z ręki. Najbardziej lubię lepić anioły. One się podobają.

PK: Pani przygoda ze sztuką trwała od najmłodszych lat. Pomimo różnych perturbacji pozostała Pani przy swoich pasjach i nie poszła inną drogą…

MS: Życie tak pokierowało, że mogę zajmować się tym, co kocham. Mój tato był inżynierem i bardzo chciał, abym ja również miała „porządny” zawód. Więc poszłam do liceum, do klasy matematyczno-fizycznej. Po drugiej klasie bardzo chciałam się przenieść do liceum plastycznego. Jego dyrektor przekonał moja mamę, że jeśli będę chciała zostać plastykiem, nie muszę skończyć profilowanej szkoły. Poza tym straciłabym dwa lata. Po liceum zdecydowałam się zdawać do Akademii Sztuk Pięknych. Chciałam się dostać na konserwację. To byłby dla mnie dobry zawód – siedzieć w kącie przez pół roku i sobie coś dłubać. Liczba chętnych na ten kierunek była ogromna. Po trzech latach zdawania efekt była taki, że przyjęli dziewięć osób, a ja znalazłam się na dziesiątym miejscu na liście. Uznałam, że się nie dostanę. Zabrałam papiery i w tym samym roku zdałam na wychowanie plastyczne na Akademii Pedagogicznej, zapowiadając w domu, że nigdy w życiu nie będę uczyć cudzych dzieci i nauczycielem na pewno nie będę. Po wielu latach, tutaj w Tomicach, prowadząc  zajęcia w Ośrodku Kultury okazało się, że sprawia mi to dużą przyjemność. Wybrałam grafikę w pracowni litografii. To było świetne miejsce do studiowania. Trafiali tam wszyscy ci, którym nie udało się dostać na Akademię. Czasem mówiono „mała akademia”. Niektórzy dalej próbowali dostać się na Akademię i wielu się to udawało. Uczyli nas wspaniali pedagodzy, malarze, graficy.

PK: Pełen rozkwit Pani twórczości naszedł  jednak stosunkowo niedawno?

MS: Przez wiele lat, po studiach, mało tworzyłam. Zajęta pracą zawodową, malowałam tylko dla przyjaciół  z okazji imienin, urodzin. Dopiero tutaj, po założeniu galerii i pierwszych plenerach z Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej trochę się rozkręciłam. Jako grafik z wykształcenia, mój świat był czarno-biały. Dużo rysowałam ołówkiem. Oglądając na plenerach innych artystów poszerzałam paletę kolorów. Pamiętam jak pokazałam koledze, prawdziwemu koloryście, mój obraz, który uważałam za skończony, on powiedział: „świetny podkład, teraz jak dasz na to kolor, to będzie super”.

PK: Tematyka Pani prac jest różnorodna. Gdzie najczęściej powstają?  

MS: Wiele obrazów powstaje na plenerach malarskich. Więc są to pejzaże. Przeważnie dwa oddajemy organizatorom, więc staramy się namalować miejsca, w których jesteśmy. Uwielbiam brzozy, zatem często goszczą na płótnie. Lubię drewniane domy, stare płotki, stodoły. Namalowałam serię obrazów: Kraków odbity w oknach. Jest to Inne ujęcie znanych miejsc w Krakowie. Z innej perspektywy. Maluję też zwierzęta: kozy, ostatnio kury i koguty, a także portrety koni i konie w pejzażu. We wszystkich obrazach ważne jest dla mnie światło.

PK: Mimo różnorodności prac, stwierdziła Pani kiedyś, że najbardziej lubi tworzyć portrety. Skąd zamiłowanie do portretowania właśnie?

MS: Tak, najbardziej lubię malować portrety. Staram się oddać podobieństwo. Portretowane osoby są zadowolone. Uważają, że oddaję nie tylko portret ale ducha tej osoby. Miło słyszeć.

PK: Czym się Pani inspiruje w swojej twórczości?

MS: W każdym obrazie, nieważne czy to będzie pejzaż, portret, koń, kura, szukam światła. Światła nie tylko pojmowanego jako kontrast cienia, mroku i błysku słońca, ale światła wewnętrznego. Znalazłam kiedyś takie stwierdzenie, do którego często wracam: „Budując naturalny porządek wszechrzeczy, bogowie umieścili światło w duszy człowieka – to jego obiektywnie istniejąca wartość wewnętrzna. Dzięki temu dusza, posiadając w sobie źródło światła, w naturalny sposób dąży do idei Dobra-Piękna. Dusza ludzka ogląda świat poprzez oczy, wypromieniowując z nich wewnętrzne światło duchowe.”

PK: W jaki sposób powstaje pomysł na obraz? To jest chwila natchnienia, „błysk”, czy rodzi się w głowie przez kila dni, tygodni?

MS: Nad niektórymi tematami myśli się długo. Jest pomysł na serię obrazów, który „mam w głowie” już parę lat. I nie mogę się do tego zabrać. Niektóre tematy przychodzą łatwo. Gdzieś zrobione fajne zdjęcie, które zainspiruje. Najszybciej tematy pojawiają się na plenerach, bo jest mało czasu. Trzeba pojeździć po terenie, na którym się znajdujemy i wybrać coś, co człowieka zainteresuje. Parę dni i obrazy muszą być gotowe. Nie lubię odkładać obrazów na później. Gdy wyciągnę z pracowni niedokończony obraz ciężko mi sfinalizować pracę, bo zrobiłabym go już inaczej i właściwie najlepiej byłoby zacząć od początku.

PK: Są osoby, którym coś Pani w pracy artystycznej zawdzięcza czy podąża Pani własną ścieżką?

MS: Z wielkich artystów mam sentyment przede wszystkim do Stanisława Wyspiańskiego. Jego portretów, witraży. Mieszkając w Krakowie nigdy nie zapominałam, aby w rocznicę śmierci tego artysty odwiedzić Skałkę, gdzie jest pochowany. W rocznicę wesela, które zainspirowało Wyspiańskiego do stworzenia dzieła o takim właśnie tytule  zawsze odwiedzałam Rydlówkę. Dodam, że przez przypadek zaprzyjaźniłam się z właścicielami położonej blisko Tetmajerówki, przy wykonywaniu znaku graficznego dla fundacji.

PK: Jakich emocji spodziewa się Pani u ludzi oglądających, kupujących Pani obrazy?

MS: Myślę, że każdy artysta marzy, żeby obraz zrobił na oglądającym wrażenie. Ja chcę, aby się podobał, wywoływał miłe odczucia, przyjemność i żeby ludzie chętnie go widzieli w swoim domu, spoglądali na niego codziennie. Niektórzy artyści wolą szokować. Ale to nie w moim charakterze.

PK: Gdzie poza „Bałysówką” można oglądać obrazy, kupić?

MS: Obrazy i mnóstwo portretów rozsiane naprawdę po całym świecie. Trafiły nawet do Ameryki i Australii. Ceramikę, drobne wyroby, można zobaczyć w Lanckoronie. Obrazy obecnie tylko w Bałysówce. Co jakiś czas mam indywidualne wystawy, na które zapraszam. Ten rok jest trudny. Wystawy odbyły się bez widzów.

PK: „Rozstania” z obrazami są trudne?

MS: O tak. Z niektórymi obrazami nie chcę się rozstać. Ale oczywiście cieszę się gdy prace znajdują właścicieli, bo mogą cieszyć oczy w ich domach.

PK: Jak wygląda praca „w plenerze”? To specyficzna i ciekawa możliwość tworzenia – planowane spotkanie w określonym miejscu i czasie wielu malarzy…

MS: Plenery są organizowane przez stowarzyszenia, instytucje. Tak jak wspominałam, zaczęłam od plenerów organizowanych przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej, na których poznaje się wielu artystów – „naszych” i zagranicznych. Dostawałam zaproszenia na plenery z całej Polski. Zaprzyjaźniłam się z artystami i co roku spędzamy parę dni w Iłowcu, Bornym Sulinowie, plenerach organizowanych przez Regionalne Stowarzyszenie Twórców Kultury „Grupa na Zamku” w Oświęcimiu, Bukowinie Tatrzańskiej, Murzasichlu, Spytkowicach. Na takich plenerach albo zadany jest temat albo malujemy to co lubimy albo okolice, w których jesteśmy. Oddajemy po jednym lub dwa obrazy organizatorom. Plener kończy się wystawą.

PK: Nie tylko Pani tworzy, ale też uczy. Przez kilka lat prowadziła Pani zajęcia w Ośrodku Kultury Gminy Tomice dla dzieci. Przekazywanie wiedzy jest trudnym zadaniem?

MS: Wspomniałam już, że całe życie broniłam się przed nauczaniem. Ale praca z dziećmi w OKGT i w Centrum Kultury i Promocji w Brzeźnicy sprawiła mi dużą satysfakcję. Dzieci są  chętne do nauki, mają wspaniałe pomysły na swoją pracę twórczą. Trzeba im tylko dać materiały i podstawy, np. w ceramice. Resztę zrobią same.

PK: Otrzymała Pani nagrodę „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. To prestiżowy medal. Jakie temu towarzyszą odczucia?

MS: Bardzo miłe, że ktoś docenia moją pracę. Stowarzyszenie Twórców Kultury „Grupa na Zamku”, do którego należę, obchodzi w tym roku 35 lecie działalności. Prezes Stowarzyszenia wystąpił do ministra o nagrodzenie kilku twórców. Mimo, że w Stowarzyszeniu jestem dopiero trzy lata, docenił to co robię. Może nie tylko samą moją twórczość, ale działalność Galerii Sztuki Bałysówka.

PK: Pani pasją jest nie tylko malarstwo, ale także ceramika. W Bałysówce jest nawet piec do wypalania gliny…

MS: Ceramiką na poważnie zajęłam się dopiero w Bałysówce. Sprawia mi to dużo przyjemności. Z kawałka nieregularnej gliny można ulepić prawie wszystko. Jest to droga pasja. Piec do wypału ceramiki to poważny wydatek. Zaczęłam od maleńkiego, używanego, który mi długo służył. Wspominałam, że otaczają mnie sympatyczni ludzie. Sąsiad pomyślał o mnie będąc w Holandii i sprowadził duże, używane piece. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo moja ceramika może istnieć.

PK: Jakie są Pani życiowe priorytety?

MS: Trudne pytanie, jeszcze trudniejsza odpowiedź. Życie daje dobro i zło. Plany mamy piękne. Nie wszystko się jednak udaje. Bilans mam na plusie. Pracę zawodową oceniam pozytywnie. Trudy codziennego życia w Krakowie i obecnego pokonałam. Mam miłego i pomocnego człowieka koło siebie. Razem budujemy nasz „dom”. Nasze pasje są identyczne. Nie możemy się już doczekać ponownych spotkań artystów w Bałysówce. Niech to się zakończy: „Żyli długo i szczęśliwie…”