Urząd Gminy Tomice
ul. Wadowicka 51
34-100 Tomice
Godziny otwarcia:
poniedziałek: 8:00 - 16:00
wtorek-piątek: 7:00 - 15:00
Dane kontaktowe:
+48 33 823 35 98
gmina@tomice.pl
Tomice / Dla turysty / Na kartach historii / Młocka w powiecie wadowickim

Młocka w powiecie wadowickim

Opisał w 1905 roku
Ksiądz Jan Sadowski*

Źródło: Lud. Organ Towarzystwa Ludoznawczego we Lwowie. R. XI. 1905
(zachowano oryginalną pisownię)

          Niedziwnem już dzisiaj zjawiskiem w odosobnionych nawet od świata wsiach jest warcząca przy dworze maszyna do młócenia, poruszana jużto ręcznym obrotem, już też częściej siłą konia chodzącego w koło przy t.zw. kieracie. Już i coraz częściej w naszym nawet kraju ujrzeć można przy stertach buchającą dymem lokomobilę, która rozigrana siłą pary przynagla do pośpiechu cały zastęp robotników, zajętych tylko odbieraniem od maszyny i uporządkowaniem wykruszonego ziarna i startej słomy. Wobec szybkiego rozpowszechniania coraz to nowych maszyn rolniczych, między niemi młocarni, ręczna młocka przejdzie wnet do powieści, tradycyjnie opowiadanych; może nawet będzie się wydawać dla przyszłych pokoleń rzeczą tak naiwną, jak dla nas dziś zabawnym wydaje się sposób młócenia u starożytnych, o którym nawet wzmianka w apostolskim liście św. Pawła do Koryntian, jakto mianowicie woły chodzące po warstwie zboża, wydeptywały ziarno.
Uzasadnioną więc zdaje się być rzeczą, by w główniejszych rysach skreślić na martwej karcie przebieg młocki ręcznej, jak on dziś na wsi jeszcze się przedstawia – a do pełniejszego omówienia tej sprawy przyczyni się choć w małej części opis młócenia zdjęty w okolicy powiatowego miasta Wadowic.

          Młócenie zboża odbywa się, a ile nie przynagla potrzeba nowego ziarna do posiewu jesiennego, albo brak miejsca do przechowania snopów, po największej części w grudniu lub ostatecznie po świętach w styczniu.
Zboże zebrane z pola leżało dotąd w stodole, której urządzenie dla poznania niektórych technicznych wyrażeń cokolwiek wypada określić. Składa się więc przeciętna stodoła chłopska z trzech części, których środkową zajmuje »b o i s k o« czyli »k l e p i s k o«, dwie końcowe stanowią »s ą s i e k i« na przechowywanie snopów zboża. W każdym sąsieku jest przestrzeń wolna ad ziemi aż pod szczyt dachu, i tę ta przestrzeń zapełnia się warstwami snopów. Zanim włoży się pierwszą warstwę snopów do sąsieka, układa się z gałęzi na ziemi podłogę i na tej podkładce kładzie się rzędami snopy gęsto jeden snop przy drugim, ale tak iżby każdy następny rząd snopów miał kłosy wsparte na poprzednim, a łby snopów, aby skierowane były ku spodowi. Również łbami zwracają snopy popod przycieśl, t.j. ku pierwszemu od ziemi drzewu w ścianach sąsieka. Tak raz założona rzędami snopów szerokość i długość sąsieka przedstawia jedną warstwę, na którą układa się taksamo następne aż pod samą »k a l e n i c ę«, t. j. grzbiet dachu. Takie układanie zboża w warstwach ma nietylko tę korzyść, iż więcej pomieścić można snopów, ale przy braniu z warstwy podejmuje się snopy w należytym ładzie, przyczem kłosy niepomięte ku górze zwrócone nie sypią tyle ziarna w sąsieku, jakby to przy nieładzie się działo; a i to trzeba zauważyć, że żarłoczne myszy, tłocząc się w warstwy od ziemi, zanim do kłosów dotrą, muszą się wpierw przebijać przez całą warstwę jałowej słomy.
Środkowa część stodoły, zwana boiskiem, przeznaczona na wymłócenie ziarna, staranniej już jest urządzona. Zanim stodoła snopami się zapełniła, na boiska wjeżdżał wóz ze zbożem. To też zwykle miewa boisko dwoje szerokich drzwi, przez które wóz przejeżdża na drugą stronę stodoły. Na czas młócenia wygładza gospodarz należycie powierzchnię boiska, ubijając dobrze wyrobioną glinę, iżby wyschnięta była dość twardą, a przytem ile możności niekruchą. Ściany rozgraniczające boiska od sąsieków, z niegrubych, okrągłych drzew (kijów) zbudowane, mają do pewnej wysokości szpary wylepiane, a otwory do sąsieków, »o k n a«, okiennicami założone, by ziarno, pryskające przy młóceniu jednego zboża nie zatrzymywało się w szczelinach i nie mieszało przy dalszem młóceniu z innem.
Nad boiskiem urządzają zwykle w odpowiedniej wysokości, tak zwane, »p i ę t r o« na przechowanie zboża mniej dobrze przy zbiorze wysuszonego; w odpowiedniej wysokości, by rozigrane przy młóceniu cepy nie spotykały tamy, – a przechowuje się tam zboże wilgotniejsze, bo w tern miejscu przy należytym przewiewie nie może się zepsuć, a natomiast łatwo może się dosuszyć. Urządzają zaś takie piętro w ten sposób, iż na ostatniem u góry drzewie w ścianach boiska, t.zw. »z r ę b i e« (zrąb) ustawiają ze trzy kozły (kobylice), a na takiem rusztowaniu dają pokład drągów albo żerdzi, na których podobnie, jak w sąsiekach, można układać warstwy snopów.
Tak urządzona stodoła ma jeszcze często z boku przystawioną szopę z desek na przechowanie plewy, skąd ta część zwie się »p l e w n i ą«. W stosownym czasie, bez względu na silny mróz, bo ten jeszcze wymłócenie zboża zwłaszcza wilgotnego ułatwia, zmawia gospodarz w braku domowników zdolnych do młocki, robotnika którejkolwiek płci – chętniej wytrwałych i silniejszych mężczyzn – i to nie w wielkiej liczbie, bo najczęściej trzech lub czterech. Młócenie we trzech w takcie walca najbardziej przypada do gustu młócącym, we czterech w tempie równomiernem, choć szybszem od poprzedniego też jest znośnem, ale w pięciu staje się już uciążliwem, choćby nie ze względu na brak miejsca, ale z mimowolnego pośpiechu przy zaszybkiem tempie. Młócenie we dwóch podobne jest do kucia żelaza nigdy należycie nierozpalonego, bo, jak mówią, nigdy się źdźbła dobrze nie dobije.

          Do młócenia przychodzi robotnik w ubraniu stosunkowo lekkiem i niezbyt obcisłem. Kiepski by to już był chłop, któryby przy tej robocie dosyć ciepła z samego ruchu nie czuł i dopiero w ubraniu go szukał. Musi też i fajczarz pozbyć się na czas styczności ze słomą swej dymiącej towarzyszki.
Uzbroić się ma zato w należyte cepy, które mu zapewniać mają wytrwałą służbę przynajmniej na dzień cały. Cepy składają się z trzech części głównych: 1) kij trzymany w rękach zwany »d z i e r ż a k i e m«, prosty i gładki, wysokości chłopa jest zwykle z drzewa leszczynowego. Na wiązaniu ze skóry, 2) przyczepiony jest do poprzedniego 3) kawałek prostego grubego kija, więcej niż o połowę krótszy od tamtego, z drzewa twardego, niełupliwego n.p. grabiny, zwany »b i j a k i e m«. Wiązanie najlepsze ze skóry świni domowej lub dzika, jako najmniej butwiejące, znów ma trzy części: Na końcu dzierżaka, obrobionym w kształcie główeczki, rzemień przywiązany szpagatem tak, iż tworzy uszko (kaptur) nazywa się »p t a s z k i e m«. Na jednym znów końcu bijaka, podobnież przystruganym, większe nieco uszko nosi nazwę »k a p i c a«. Ptaszek znów z kapicą związany jest paskiem rzemiennym »z w o r ą« i to stanowi wiązanie cep, które im silniejsze, a mniej sztywne, tern większym jest dla cepaka ideałem. Nie rzadko się zdarza, iż cepy się zerwią, jednak bardzo rzadkim jest wypadek, iżby bijak zerwany godził w głowy młócących; zabezpiecza przeciw temu pionowy przeważnie ruch cep, jakoteż i ten wzgląd, że tam się najprędzej wiązanie zrywa, gdzie najwięcej na próbę wystawiona jest jego siła, mianowicie przy samem uderzeniu w powierzchnię boiska, lub chyba przy zwrocie bijaka z ruchu w górę na dół, przyczem urwany bijak spada w środek młócących.

          Pierwszą czynnością w dziennej młocce jest wyrzucenie »z poza zrębu« pewnej ilości snopów n.p. kopy, t.j., 60, na boisko i ułożenie ich w rogu boiska, by były w pogotowiu na kilkurazowy pokład na boisku. Taki jednorazowy pokład, zwany »s a d z k ą«, stanowi kilka lub kilkanaście snopów (stosownie do ich wielkości) leżących w dwóch rzędach, kłosem zwróconych do środka, łbami na zewnątrz. Na tak posadzonych snopach nie rozwiązanych jeszcze, zaczyna się koncert cepowy. Z dala ze wsi daje się poznać, czy wszyscy młócący dorównywują sobie, czy niektórzy między nimi partaczą z niedostatku sił lub z lenistwa. Czasem słychać, jak rozigrane cepy zderzają się bijakami w górze, przyczem młockowie zauważają, że skoro »cepy się żrą, będzie mróz«.
Tak więc przechodzą razy bijaków najpierw po kłosach obydwu rzędów, następnie po obróceniu snopów na drugą stronę, powtórnie kłosiste ich końce odczuwają grad uderzeń. W ten sposób wytłukła się główna część ziarna ze snopów, które teraz zwą się »o t a r t e«. W dalszym ciągu rozwięzują Mockowie obwiązki snopów zwane powrósłami i grabiami rozciągają snopy, aby utworzyć warstwę jednakowej w każdym miejscu grubości. Po tej warstwie młócą znowu, posuwając się powoli, nasamprzód po końcach kłosów następuje po pniach źdźbeł, aż przejdą całą sadzkę. Przewróciwszy tak przemłóconą warstwę przy pomocy dzierżaków na odwrotną stronę, tak samo ją młócą, posuwając się piędź za piędzią.
Jeśli ze zboża tal, omłóconego mają być zrobione »o k ł o t y« (o k ł o c k i) czystej, równej słomy, teraz jest czas na jej wybranie. Bierze więc każdy z młocków do rąk kawałek przemłóconej warstwy i chwytając silniej pod pachę za wymłócone kłosy drugą ręką wytrzepuje od pnia źdźbeł trawę i drobną pomiętą słomę. To co zostało w ręku równa końcami uciętymi na powierzchni boiska i składa do okłocka. Zgrabniejszy przygotowuje tymczasem dość silne powrósło, opasuje niem tak ułożoną słomę i przy pomocy kulika zatemperowanego z jednego końca a zwanego »k n e b l e m«, możliwie dosadnie skręca powrósło, silnie zaciskając nim okłot i oryginalnie a lekkim sposobem mocno zawięzuje (k n e b l u j e). Po odstawieniu okłocków skupia się całą tę wytrzęsioną »m i e r z w ę« na jedną warstwę, aby ją jeszcze przemłócić i wybić w niej kłosy, które się dotąd z pod cepów wymykały.
Tak przemłóconą z jednej i drugiej strony mierzwę podchwytują młockowie na dzierżaki i przetrząsają, aby ziarno i wszelka plewa z niej na boisko wypadły. Wytrzepaną słomę z trawą wiążą powrósłami należycie, by się nie łatwo rozwlekała przy przerzucaniu. Wiązka taka mierzwy zwie się »o c i e p k a«, a służy jako zimowa pasza dla krów w zastępstwie koniczu lub siana. Po wywiązaniu słomy zgarnia się, o ile można, grabiami z zasypanego boiska pozostałe kawałki kłosów ze ziarnem i grubszy trot w jeden kąt, aby przy następnej sadzce te t.zw. »t r z y n y« jeszcze raz przemłócić i ostatecznie rozgatunkować do słomy lub plewy i ziarna.
Pozostało teraz na boisku tylko ziarno z plewą, to więc rozgarnia się ze środka boiska nieco na boki, by przy młóceniu następnej sadzki nie tłuc niepotrzebnie po ziarnie i nie zostawiać pod nowymi kłosami miękkiego pokładu.

          Po przemłóceniu w sposób stereotypowy kilku sadzek, skoro już większa zebrała się warstwa ziarna z plewą na powierzchni boiska wypada odgarnąć ją na kraj boiska ku przycieśli, by tam czekała dalszego czyszczenia. To zgarnięcie uskutecznia się pod poprzedniem skupieniu warstwy całej na środek boiska w celu wygrabienia trzyn, a przy młóceniu jęczmienia także celem oczyszczenia ziarna ze sterczących jeszcze wąsów. By te wąsy jęczmiennego ziarna pewnie się okruszyły młócić trzeba specyalnie warstwę ziarna z plewą miejsce w miejsce i ta czynność nazywa się
»k o s o w a n i e«. Podobnież przemłaca się przy każdem zbożu trzyny, by tę rozmaitość okruchów ostatecznie rozgatunkować. Po takiej operacyi z wymłotem przesuwa się go grabiami na wspólną kupę długą, a ile możności wązką, na bok boiska wzdłuż ściany sąsieka. Po dwóch, trzech dniach młócenia, stosownie do tego, jak duży wał wymłóconego zboża się uzbierał, następuje sprawa wyczyszczenia ziarna. Pierwszą w tem czynnością jest wywianie plewy z ziarna. Do niedawna jeszcze to wianie było ręczne. Przy spokojnym stanie powietrza brał chłop w rękę prawą rodzaj lekkiej szufli o krótkim trzonie zwanej »w i e c h l a c z k a« albo »s i e d l a c z k a«, ustawiał się przy jednych drzwiach boiska na środku, a mając wymłot zgarniony tuż przy boku, brał z niego raz po razu na wiechlaczkę, rzucał w stronę drzwi przeciwnych ruchem półkolistym w górę zboże z plewą, jakby łuk tęczowy w powietrzu miał zeń utworzyć, a tą drogą ziarno, spadając na boisko jako najcięższe, usypywało się najdalej od wiejącego, tworząc nasyp wygięty łukowato środkiem na zewnątrz, plewa zaś, jako lżejsza, pozbywszy się ziarna, sypała się na boisko bliżej wiejącego, łukiem do poprzedniego równoległym. Przy lekkim podmuchu wiatru z przeciwka, wianie idzie z lepszym skutkiem, bo plewa, dokładniej od ziarna oddzielona, spada dalej od nasypu ziarna i z niem się nie miesza; natomiast nie pomyślnem byłoby wianie przy zmienności prądu wiatru, bo plewa ciągle na nasyp ziarna zbaczać będzie.
Po takiem przewianiu wymłotu odgarnia się wał czystej plewy na bok, a z nasypu drugiego odebrać trzeba od strony wewnętrznej jeszcze trochę trzyn i t.zw. pośladu t.j. ziarna pośledniego z różnych zielsk i chudego zboża, które jako lżejsze od dobrego ziarna a cięższe od plewy w środku między obydwoma wałami się usypało. Tak wiał rolnik zboże ręcznym sposobem. Zanadto jednak dotkliwie odczuwał on zawsze przy takiej robocie, jak kurz całymi tumanami wdzierał się w jego wnętrzności i osiadał na płucach. To też nic dziwnego, jak skwapliwie użyto do tej czynności sztucznych wywiewnic, których się nauczono dość prostym sposobem budować z desek z mniejszym nakładem grosza, niżby tego wymagało sprawienie takiej, jak przy dworze maszyny. Otóż taka, jak się powyżej nazwało wywiewnica, przez chłopów zwana »s z a r a p a t a« od łoskotu, jaki w ruch puszczona wydaje, jest młynkiem większego pokroju, bo korbą poruszane skrzydła albo pióra tworzą sztuczny prąd powietrza, na który pada z sita w górze umieszczonego zboże z plewą i rozdziela się tu najpewniej na składowe części: ziarno bowiem odchodzi w jedną przegrodę, poślad w drugą, a plewa wypędzona naprzód wyczyszczona nadto siłą wiatru z kurzu, usypuje się w dowolnem miejscu boiska.

          Czystą plewę wszelkich zbóż, z wyjątkiem jęczmiennego trotu jako nieużytecznego, odnosi się do plewin jako zapas do zimowej karmy bydła. Zostaje więc jeszcze po wywianiu poślad z przymieszką trzyn i osobno przewiane ziarno. Pozostałe trzyny przesiewa się przez duże dość rzadkie rzeszoto zwane »t r z y n i a k i e m«, by te troty rozgatunkować do plew i pośladu. Ziarno .zaś wywiane musi jeszcze przejść dokładniejsze czyszczenie, by użyte czy to do siewu, czy na czystą mąkę wolne było od nasienia obcego i grudek ziemi. Przy szczuplejszym zapasie wystarczy w tym celu użyć rzeszota gęściejszego od trzyniaka zwanego »p r z e t a k i e m«, na którem wysieje się ze zboża drobniejsze ziarno wyki, kąkolu etc. Przy większym wymłocie jednak dużoby czasu zajęło takie przesiewanie garściami na przetaku. Użyć tu trzeba młynka sporządzonego odpowiednio dla »m ł y n k o w a n i a« zboża. Najprościejszy młynek sporządzony z desek ma w tylnej części walcowatą próżnię, zwaną »b ę b e n« i w tej obracają się na osi za pośrednictwem korby zwykle cztery z cienkich deszczułek zbite »p i ó r a« albo skrzydła, sprawiające silny podmuch. Na prąd taki pada z góry szparowatym otworem ziarno i tak w locie przewiane jeszcze z kurzu i plewy, stosownie do ciężkości swej rozdziela się na poślad, ziarno poślednie i ziarno piękne, a każda z tych składowych części wpada do przegród, umieszczonych jedna za drugą w przedniej części młynka i usypuje się na oddzielnych kupkach z jednej i drugiej strony młynka. Dla lepszego jeszcze oczyszczenia zboża z nasienia zielsk korzysta gospodarz z dworskich lub gminnych różnej konstrukcyi tryjaków.

          Ziarno czyste zbiera gospodarz, przemierzając miarkami do półkorcowych worów i wynosi do skrzyń zwanych »s ą s i e k i« na strychu lub w spichlerzu na zimowe przechowanie. Zwykle jednak przed zesypaniem ziarna w zbitą masę rozsypuje się je na wolnej, a suchej powierzchni dla przesuszenia, aby jak mówią »w y s t y l o w a ł o s i ę«, a potem na składzie nie pleśniało i nie gorzkniało. W miarę jak się boisko i sąsieki stodoły po młocce wyprzątnęły, układa się w nich okłoty czystej słomy i ociepki mierzwy na przechowanie. Po skończonej robocie wypadałoby, jak powiadają młockowie, czemś »o b l a ć« tegoroczną młockę; najlepszem zaś do tego byłoby coś »t w a r d z i z n y« t.j. produktu alkoholowego.

 

* Ks. Jan Sadowski, syn Ignacego i Franciszki Królikowskiej, ur. w Witanowicach 17.01.1876 r., zm. 03.03.1928 r. w Czernichowie, pochowany 06.03.1928 r. na cmentarzu parafialnym w Witanowicach, katecheta w Żywcu, Wadowicach i Czernichowie (w szkole rolniczej), siostra Katarzyna – nauczycielka w szkole powszechnej w Witanowicach co najmniej od 1920r.