Urząd Gminy Tomice
ul. Wadowicka 51
34-100 Tomice
Godziny otwarcia:
poniedziałek: 8:00 - 16:00
wtorek-piątek: 7:00 - 15:00
Dane kontaktowe:
+48 33 823 35 98
gmina@tomice.pl
Tomice / Dla turysty / Na kartach historii / Lanie świec woskowych w Witanowicach w powiecie wadowickim

Lanie świec woskowych w Witanowicach w powiecie wadowickim

Opisał w 1905 roku
Ksiądz Jan Sadowski*

Źródło: Lud. Organ Towarzystwa Ludoznawczego we Lwowie. T. XI. 1905
(zachowano oryginalną pisownię)

 

          Bractwa pobożne, utrzymujące się przy kościołach naszych, zawsze starały się o to, by biorąc udział w nabożeństwie kościelnem uświetniać je rzęsistem światłem; to też w inwentarzu bractwa jedną z pierwszorzędnych, najniezbędniejszych rzeczy jest skrzynia ze światłem brackiem, w której każdy członek ma mieć jednę świecę, sprawioną i utrzymywaną troskliwością starszego bractwa (zwanego często cechmistrzem) ze składek dorocznych członków. Do niedawna, kiedy jeszcze był dostatek wosku wobec mnóstwa rojów pszczelnych tak hodowanych jak i dziko w lasach osiadłych, używano do lania świec według życzenia kościoła tylko pszczelnego wosku, jako materyału najczystszego, najprzyjemniejszego dla samego już zapachu, a przytem na ofiarę Bogu najodpowiedniejszego, jako owocu znojnej pracy mnóstwa wytrwałych robotników. Skoro z biegiem lat obfitość wosku pszczelnego zanikła, a w przemyśle rozpowszechnił się wosk ziemny i inne tłuszczowe materyały, weszły w użytek tańsze a nawet błyskotliwsze na oko, fabryczne niewoskowe świece, które też w pierwszym rzędzie po miastach usunęły z użycia drogie światło woskowe. Po wsiach naszych jednakowoż trzymali się poważni ojcowie starej i pięknej choć kosztownej tradycyi. Choć z większym kłopotem i za dużo wyższe ceny przychodziło zbierać wosk prawdziwy, zgromadzali go w ciągu roku całego, by po zużyciu zeszłorocznego, albo przed zeszłorocznego światła było już nowe gotowe. By zaś ten wosk czysty, jak go Pan Bóg stworzył a pszczoły zlepiły, nie uległ żadnemu sfałszowaniu, nie oddawano ulania światła fabryce. lecz staroświeckim sposobem ręcznym. choć wielce uciążliwym, odlewali sami wieśniacy u siebie światło brackie, składając w ten sposób na usługi kościoła nietylko grosz swój, ale i ciężki trud. Skoro dziś przy coraz większym zaniku pobożności ojców naszych a wzroście taniej w życiu praktyczności coraz bardziej wychodzi ze zwyczaju ten sposób ręcznego lania świec, warto utrwalić pisanem słowem tę rzecz, jako miłe kiedyś wspomnienie z przeszłości dla następnych pokoleń.

Celem lania światła zbiera się w wolniejszym dniu zimowym kilku chłopów wprawniejszych w domu z obszerniejszą izbą i wygodną kuchnią, z szerokimi o ile możności blachami. W izbie u powały umocowują na żelaznej wykrętaczce koło drewniane, nabite na obwodzie w równych odstępach gwoźdźmi, przeznaczonymi do zaczepienia knotów. Jeden ze starych praktyków usnuwa z kłębka bawełny knoty odpowiedniej długości, przyczem baczy także na potrzebną grubość tychże, stosownie do grubości świecy. Ponieważ świeca będzie u dołu najgrubsza, ku górze zaś stopniowo się zwęża, to też i knot od górnego końca z kilku nici złożony co kawałek ku drugiemu końcowi przez odpowiednie zadzierźgnięcie wzmacnia się o jednę chociaż nić, by płomień był większy i zużywał grubszą warstwę wosku palącej się świecy. Tak złożony knot zaczepia się najpierw grubszym końcem na obwodzie koła a w końcu dolnym knota przeciąga się płaski, drewniany 3 cm. długi kawałek patyka podobny do tabliczek gry »d o m i n o« a zwany »k l u z i n k a«. Celem jego jest w pierwszym rzędzie, by się nie zalał woskiem dolny koniec knota, który potem przyjdzie zahaczyć przy obracaniu świec na obwodzie koła; następnie zaradza taka zapora bardzo praktycznie zsuwaniu się świecy wiszącej po knocie w ciągu lania czyli tak zwanemu »uciekaniu świec«. Tymczasem ze dwie skrzętne kobiety biorą wosk przechowany w kształcie miseczek, sortują co do czystości i koloru, zostawiając żółty na oblanie ostateczne świec, kawałkami wkładają do dużych garnków, by na blasze stopić do pewnej wyższej temperatury tak, aby łatwo nie stygnął, a z drugiej strony by nie zaczął wrzeć, bo mycie wosku wywrzanego powoduje pękanie świec. Do takiego jednostajnego topienia wosku najpraktyczniej używać słomy. Stopiony wosk podają chłopom do izby, która też musi być dość silnie ogrzana, aby łatwo wosk przy robocie nie stygnął. Chłopi w tej gorącej izbie jeszcze więcej pocić się muszą od pośpiechu, w jakim lanie świec odbywać się musi. Staje ich ze dwóch na stołkach tak wysoko, iżby jeden miarowo obracał kołem z knotami poprzed drugiego, który świece leje. Lejący, bierze dzbanuszek z odpowiednim dzióbkiem pełny roztopionego wosku i od samej góry puszcza dokoła po knocie falę płynu tak sporą, iżby doszła do dolnego końca knota. Ściekający z knota wosk zbiera się w kotle na podłodze ustawionym, w którym po ostygnięciu łatwo da się odgrzać. Robota ta iść musi spiesznie, iżby jak najwięcej razy ciepłym płynem oblać wszystkie dokoła obwieszone knoty. Lejącemu ciągle do rąk podają pełny garneczek wosku, a on ma baczyć tylko na jednostajność oblewania wzdłuż całego knota. Wosk, spływając ku dolnemu końcowi knota chłódnie coraz więcej i tem samem osiada grubszą warstwą, tak iż świeca ku dołowi coraz jest grubszą. Gdy już wskutek ciągłego oblewania świece dojdą do grubości biczyska (stysiny), trzeba je obrócić dolnym końcem grubszym ale cieńszy knot mającym w górę, aby w tem właściwem położeniu dolać świecę do pożądanej grubości. W tym celu wyjmuje się owe »k ł u z i n y« drewniane choć prawie zalane woskiem i przy pomocy wyżłobionej deszczułki odwraca się świecę, zaczepiając ją dolnym końcem knota na gwoździu, zaś do drugiego końca u dołu zakładając drewniane zatyczki. Teraz obrót koła musi odbywać się z wielką ostrożnością, by świece rozkołysane nie trącały się wzajemnie, trudniej jest też oblewać świecę, aby fala wosku obiegała ją dokoła. Przy tem wszystkiem trzeba spieszyć się, bo świece coraz grubsze a zatem znacznie ciężkie mogą zsuwać się z knotów.

Skoro już osięgło się pożądaną grubość świec, składa się je na wyżłobionej deszczułce z koła, by znów nowe knoty założyć, gdyby pożądana liczba (40-50) świec nie dała się za jednym razem na kole umieścić. Świece zdjęte z koła układa się na równo ułożonej pierzynie i również tak ciepło się je nakrywa, aby w tym złym przewodniku ciepła miarowo tężały (»stylują się«). Gdy już odpowiednio zesztywniały, bierze się je na gładką deskę do maglowania t.j. do wyrównania powierzchni z okrągłości. Przedtem pociera się świece szmatką dobrze zwilżoną w piwie, gdyż piwo dodaje świecy połysku (glancu) podczas gdy wodą zmyta świeca czepiałaby się deski przy maglowaniu. Maglowanie odbywać trzeba z miernym przyciskiem, aby warstwy wosku, z których świeca się składa, nie odstawały jedna od drugiej. Końce grubsze świec odcina się z drewnianą zaporą, gładkim klockiem wyrównuje się kraj, znaczy dowolnymi karbami, a jeśli świeca ma być użytą na lichtarz, wyrabia się w tym grubszym końcu stosowny otwór.

 

* Ks. Jan Sadowski, syn Ignacego i Franciszki Królikowskiej, ur. w Witanowicach 17.01.1876 r., zm. 03.03.1928 r. w Czernichowie, pochowany 06.03.1928 r. na cmentarzu parafialnym w Witanowicach, katecheta w Żywcu, Wadowicach i Czernichowie (w szkole rolniczej), siostra Katarzyna – nauczycielka w szkole powszechnej w Witanowicach co najmniej od 1920r.